Lewy Sierpowy - lewicowy punkt widzenia
sobota, 06 lutego 2010

Z pierwszej strony dzisiejszej "Wyborczej" krzyczy do mnie tytuł "Rząd uległ internautom", jakby Rejestr Stron Niedozwolonych odszedł nagle i ostatecznie w niepamięć. Tymczasem wcale tak nie jest.

Cieszy mnie, że premier nie odwołał debaty z blogerami (która była zaplanowana wcześniej niż wypłynięcie sprawy). Mam też duży szacunek dla Macieja Budzicha (który mnie pewnie nie pamięta), który tę debatę zorganizował. Nie zgadzam się jednak z tezą, że cokolwiek z tej debaty wynika. Przynajmniej na razie.

Premier bowiem zrobił dokładnie to co zawsze - rzucił kilka gładkich słówek, zapewniając, że "ma wystarczająco dużo wątpliwości, by wrócić do prac nad ustawą". Konia z rzędem temu, kto stwierdzi z całą pewnością, że oznacza to urwanie głowy projektowi. Tym bardziej, że premier powiedział: "Nie gniewajcie się, ale zakładanie, że intencją tej ustawy jest cenzura, to nadużycie. A na przestępstwa w sieci nie może być większego przyzwolenia niż w realu." Brakowało tylko tego, by powiedział, że będzie ścigał właścicieli e-kasyn nawet w wychodkach.

Owszem, obiecał przyjrzenie się ustawie i konsultacje społeczne. Może nawet z organizacjami, które będą bronić wolności słowa. Ale jestem mocno przekonany, że ton w tych konsultacjach będą nadawać osoby, które mają z pedofilami, różnymi formami przestępczości elektronicznej czy z e-hazardem na pieńku. Może nawet zobaczymy efekty jakichś wielkich akcji walki z pedofilią w międzyczasie.

Premier Donald Tusk nie zdeklarował się bowiem konkretnie, że nie będzie Rejstru. Obiecał, że się "przyjrzy". Nie musi z tego nic wyniknąć.

Przypomnę, że nadal nie jest zauważona, sprawa o której pisałem, czyli projekt ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, który zakłada, że będzie można wsadzać obywateli do szpitali psychiatrycznych bez zgody sądu. Każdy z kim o tym rozmawiam mówi, że to skandaliczny pomysł, bo nikogo, nawet alkoholika bijącego po twarzy całą rodzinę nie można zamykać w psychuszce bez zgody sądu.

Sprawa Rejestru Stron Niedozwolonych współgra z tym idealnie. Mając w ręku takie narzędzia żaden rząd nie będzie musiał się przejmować opozycją. I wyrzućmy wreszcie (jak sugerował jeden z komentatorów na moim blogu) z polityki kategorię intencji. Oceniajmy realne działania. A te mówią same za siebie - rząd chciałby wprowadzić aksamitną dyktaturę.

Najśmiejszniejsze jest to, że sprawy związane z pedofilią czy wyłudzeniami przez internet wymagają przede wszystkim nie nowych przepisów, ale udrożnienia już istniejących. I lepszego współdziałania międzynarodowego. Rejestr Stron Niedozwolonych przypomina mi trochę wytaczanie armaty tam, gdzie wystarczyłby zwykły pistolet.

I w dalszym ciągu czekam na odpowiedź premiera, czy zechce rozwiać moje (i mam nadzieję, że Wasze również) wątpliwości korzystając z gościnności mojego bloga. Odpowiedź z Kancelarii Premiera jeszcze nie nadeszła, niemniej pozostaję w gotowości przeprowadzenia z premierem wywiadu. Obiecuję, że nie będę grzeczny i zadam trudne pytania. Wczorajsza debata nie wyjaśniła bowiem niczego i, co gorsza, nadal nie daje żadnej pewności, że rząd rozstał się z myślą o cenzurowaniu Internentu.

Do następnego,

Intel-e-gent

wtorek, 02 lutego 2010

Czytając komentarze prasowe widzę, że dziennikarze wciąż wierzą w Donalda Tuska, który miał ich zbawić przed Prawem i Sprawiedliwością. Po wyborach 2007 roku Polska raz na zawsze miała zostać uwolniona od grożącej jej całkiem realnej wizji prawicowego autorytaryzmu.

Od dawna powtarzam, że różnica pomiędzy Prawem i Sprawiedliwością a Platformą Obywatelską sprowadza się głównie do formy, a nie do treści (i Palikota). Cele tych partii są podobne, a każdy z członków jednej i drugiej czułby się tak samo dobrze w każdej z nich (wyjątkiem jest Palikot). Zwróćmy uwagę jak szybko zapomniano, że projekt IV RP nie wyszedł ze środowiska PiS tylko z okolic Platformy Obywatelskiej. I szybko też zapomniano, że gdyby nie spór o stołki i animozje liderów, to w 2005 roku mielibyśmy koalicję PO z PiS.

Prawicowy autorytaryzm grozi nam nadal, teraz pod rządami Platformy i naiwni są ci, którzy sądzą, że pomysł Rejestru Stron Niedozwolonych jest niemądrym wyskokiem rządu, a nie częścią trendu.

Rejestr Stron Niedozwolonych to jedno. Wzbudził on zrozumiałe pretensje wielu środowisk, ale premier zręcznie uwolnił Platformę od ciężaru jakim są protesty swoją decyzją o niekandydowaniu na urząd prezydenta. Większość stron z protestami celowała personalnie w premiera a nie ogólnie w PO. Może się zdarzyć, że na jakiś czas sprawa Rejestru przyschnie, by wypłynąć tuż po wyborach. Może się też zdarzyć, że rząd przedstawi badania świadczące o tym, że Polacy są zwolennikami Rejestru. Wystarczy zapytać w ankiecie, czy są za ściganiem pedofili wszędzie. I wtedy uśmiechnięty premier wystąpi w TVN i powie, że "Będziemy ścigać pedofili wszędzie, nawet w kiblu".

Wskazówką, że Rejestr to tylko część trendu, jest projekt ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Zapisy w projekcie mówią jasno - będzie można posyłać obywateli na przymusowe leczenie w szpitalach psychiatrycznych bez zgody sądu. Będzie też można bezkarnie faszerować ich silnymi środkami uspokajającymi w izbach wytrzeźwień. Nie chcę nikogo martwić, ale uśmiechnięty premier wystąpi w telewizji i na tle zdjęć pobitych przez patologicznych alkoholików kobiet i dzieci powie, że z patologią trzeba walczyć każdym dostępnym sposobem.

Jeżeli dodamy do tego fakt, że kandydatem PO do Trybunału Konstytucyjnego został polityk, będący w dodatku politykiem przykuriewnym, to uzyskujemy pewność, że PO nie zamierza przejmować się demokracją i budować państwa prawa. PO buduje państwo prawa i sprawiedliwości, co musi bardzo denerwować Jarosława Kaczyńskiego, który robił to samo, ale nikt go po głowie nie głaskał, że jest dobry.

Oczywiście mogę się mylić. Dlatego deklaruję otwarcie, że jestem gotów udostępnić Donaldowi Tuskowi łamy swojego bloga i przeprowadzić z nim wywiad, w którym będzie mógł obalić moje tezy. Panie premierze, odważy się Pan?

Do następnego,

Intel-e-gent

14:43, intel-e-gent , PO
Link Komentarze (5) »
sobota, 30 stycznia 2010

Od czwartku wszyscy podniecają się strasznie tym, że Tusk zrezygnował z kandydowania na urząd prezydenta i sugerują olbrzymie spektrum możliwych przyczyn tego faktu. Od tchórzostwa po odważną chęć dokończenia reform. Zacznijmy więc od przyczyn taktycznych.

Przede wszystkim, Donald Tusk zręcznie pokrył swoim wystąpieniem przesłuchanie Mirosława Drzewieckiego przed sejmową komisją śledczą. Ktoś pamięta o czym mówił "Miro"? No właśnie, nikt. Ale wszyscy pamiętają co mówił Tusk. Plus dla PO.

Po drugie, krytykowana za bezczynność i zajmowanie się tylko administrowaniem Platforma przedstawiła gigantyczny projekt reform, którym to media zajęły się zamiast zajmować się aferą hazardową, która ujawnić może (a nawet powinna) drugie dno, zupełnie inne niż "Pędzący Królik", najsławniejsza obecnie warszawska knajpa. Gdyby CBA zechciało się zająć aferą profesjonalnie prawdopodobnie poparcie dla PO oscylowałoby koło 20%, ale na szczęście dla Tuska, Kamiński chciał z tego zrobić wielką aferę, zamiast zwykłego przekrętu na sporą skalę.

Po trzecie, Tusk umocnił swoją pozycję w PO i ma teraz szerokie pole manewru. Może namaścić kandydata na prezydenta, i to dowolnego, nawet Cimoszewicza (choć to akurat byłoby samobójem, bo senator Cimoszewicz gra tylko na siebie i błyskawicznie by się uniezależnił od Tuska, chyba że premier ma jakieś dodatkowe Jaruckie w zapasie). Może nawet wskazać siebie, wystarczy jakieś solidne "trzęsienie sceny", które "przekona" premiera, że nie ma innego wyjścia.

Po czwarte, Donald Tusk odsuwa od siebie i swojej partii groźbę wyciągnięcia paru możliwych afer grubszego kalibru niż hazardowa, na przykład afery z zakupem samolotów dla VIPów, o której pisało "Nie" i ja też, ale o której nawet nie zająknęły się inne media. W razie, gdyby Tusk kandydował, możemy być pewni, że w którejś z przypisowskich gazet ten wątek by się pojawił. Oczywiście w tak samo żenująco partacki sposób jak w przypadku afery hazardowej, ale negatywny wpływ na szanse Tuska jest oczywisty. Inny kandydat ma szansę uniknąć tego losu - Tomasz Arabski i Bogdan Klich nie są tak mocno kojarzeni z Radkiem Sikorskim czy Bronisławem Komorowskim.

Po piąte, potencjalny inny kandydat PO ma szansę uniknąć odium związanego z nieszczęsnym projektem Rejestru Stron Niedozwolonych, który rozpalił internautów i część elektoratu kojarzonego dotychczas z PO.

Premier zagrał więc bardzo sprytnie i zagwarantował sobie całkowitą swobodę ruchów. Wciąż może zostać prezydentem w najbliższych wyborach, ale może też sobie przesunąć swoją prezydenturę o kilka lat, gdyż przykład Jerzego Buzka pokazuje, że nawet największy partacz może wrócić i cieszyć się popularnością.

Przy okazji zręcznie przedstawił projekt, który ślicznie wygląda na papierze, a nie znaczy absolutnie nic. Tak zwany "Plan Tuska" to tylko zbiór pobożnych życzeń, których realizacja stoi mocno pod znakiem zapytania. Plan ten bardziej przypomina kampanię wyborczą partii opozycyjnej niż partii rządzącej, gdyż mało w nim konkretów no i warto pamiętać, że koalicyjny PSL jest nim mocno zaskoczony.

Nie ma co, Tusk zrobił mocne wejście i teraz ma szansę nawet na kilka tygodni pławienia się w wazelinie lejącej się z mediów. Zręcznie, bardzo zręcznie.

Do następnego,

Intel-e-gent

środa, 27 stycznia 2010

Donald Tusk nie przypuszczał chyba, że drobna część nowych przepisów przygotowanych w ramach uciszania tak zwanej afery hazardowej wywoła taką burzę w internecie. Projekt utworzenia Rejestru Stron Niedozwolonych rozpalił internautów do czerwoności, ale nie tylko ich.

Faktem jest, że takie rejestr byłby w Unii Europejskiej pewnym novum. Z podobnych działań były znane raczej takie kraje jak Chiny czy Iran, ale nie członkowie UE. I faktem też jest, że deklarowane intencje są dość szlachetne. Rząd chce zabezpieczyć nas przed dziecięcą pornografią, oszustwami finansowymi i nielegalnym (w świetle polskiego prawa) hazardem.

Problem w tym, że takie zapisy w ustawach mają skłonność do niemal samorzutnego rozszerzania zakresu swojego działania. Tak jest przecież z zapisem o ochronie wartości chrześcijańskich w mediach, który zaczyna funkcjonować jak cenzura. Przez ten zapis ma ostatnio kłopoty znany rysownik, Andrzej Czeczot, który opowiedział na antenie niezbyt smaczny dowcip o skłonnościach pedofilskich księży katolickich. A ponoć miało to nas chronić przed rozbuchaną pornografią.

Nic więc dziwnego, że głosy protestu rozlegają się z niemal wszystkich stron i premier poczuł się nawet zmuszony do tego, by stwierdzić, że pewne rzeczy zostaną przedyskutowane.

Zaczyna się nawet pojawiać pytanie, czy aby na pewno jest to jednorazowe wypaczenie rządu, który miał być tak bardzo różny od rządu Jarosława Kaczyńskiego. W ten sposób pojawia się rysa na znakomitym wizerunku rządu i nawet media przychylne PO nie mogą przejść nad tym do porządku. Z tej prostej przyczyny, że to może dotyczyć także ich.

Warto jednak zastanowić się nad tym, czy aby na pewno sprawa Rejestru Stron Niedozwolonych jest przypadkiem odosobnionym. Tydzień temu pisałem o zapisach w projekcie nowej ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, pozwalającymi na zamykanie ludzi w szpitalach psychiatrycznych bez zgody sądu. Pojawiają się też projekty pozwalające rozszerzyć zakres inwigilacji naszych telefonów komórkowych, a procedury prowadzenia podsłuchów nadal są pozbawione realnej kontroli sądowej. Dodajmy jeszcze do tego mały smaczek jakim jest fakt, że rząd nadal milczy w sprawie konieczności reformy CBA i możemy zaspokoić nawet najbardziej wyrafinowanego zjadacza teorii spiskowych.

Zastanawiam się teraz nad tym, czy rząd zapomniał o tym, że dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane, czy też świadomie i cynicznie dąży do ograniczenia naszych praw obywatelskich. Osobiście obstawiam to drugie, gdyż nadal nie zauważyłem żadnej bardziej istotnej od braku braci Kaczyńskich w składzie, różnicy pomiędzy PO a PiS.

Co nie zmienia faktu, że mogę się mylić i rząd Tuska nadal chce tworzyć nam drugą Irlandię, a nie drugi Iran czy Chiny.

A jakie jest Twoje zdanie? Zapraszam do udziału w Debacie "W trosce o dobro obywateli?"

Do następnego,

Intel-e-gent

wtorek, 26 stycznia 2010

Profesor Balcerowicz ze zwykłą dla siebie emfazą stwierdził, że ludzie w Polsce tkwią w pułapkach socjalnych zasiłków zamiast pracy. Tydzień później w Wyborczej pojawia się stwierdzenie, że pracodawców nie stać na podwyżki "bo niewiadomo co się stanie".

Tymczasem rozpiętość dochodów pomiędzy wysoką kadrą zarządzającą a szeregowymi pracownikami mamy na poziomie Panamy (i ścigamy tu się z biednymi krajami niemal łeb w łeb), a żaden rząd nie zadał sobie nawet trudu zbadania ile jest osób, które pracując pobierają zasiłki z pomocy społecznej.

Wniosek?

Nie da się dowieść żadnej z powyższych tez. Prawdą jest bowiem, że w zeszłym roku polskie firmy były zyskowne, czyli w teorii stać je na podwyżki (które napędziłby konsumpcję, i niestety import, bo już nawet koszule polskich marek szyje się w Chinach), ale przecież nie do pomyślenia jest dla przeciętnego prezesa sytuacja, w której jego podwładnym by się poprawiło, a jemu nie.

Bardziej mnie jednak niepokoi, że w sytuacji, w której samorządy, rząd itp. sporo dopłacają do tworzenia miejsc pracy (ulgi w podatkach, zbrojenie terenu itp.), nikt nie bada, czy aby na pewno to się opłaca. Bo co to za biznes, jeżeli nie dość, że wyłożymy parę milionów na teren, zrezygnujemy z wpływów z CIT, a wpływy z podatków i składek ledwie pokryją koszty funkcjonowania opieki społecznej?

Problem może być realny. Najłatwiej jest bowiem przyciągać inwestycje w produkcję, a tu płace bywają śmiesznie niskie (choć pracującym raczej nie jest do śmiechu) i zbliżone do pensji minimalnej. Co z tego, że Tusk obiecuje podwyżkę płacy minimalnej, skoro musiałaby być ze dwa razy wyższa niż teraz, by można było z niej utrzymać więcej niż jedną osobę?

Dlatego ignorując profesora Balcerowicza, którego rozwój intelektualny zatrzymał się 20 lat temu i wtedy też oderwał od rzeczywistości, pytam: Dlaczego nikt nie zbadał ile osób pracujących musi pobierać zasiłki, by móc przetrwać?

Do następnego,

Intel-e-gent

Tagi: PO rząd płace
14:14, intel-e-gent , PO
Link Komentarze (6) »
wtorek, 19 stycznia 2010
Nie wylewasz za kołnierz? Zacznij uczyć się jak robić to bez wychodzenia z domu.
czwartek, 14 stycznia 2010

Ciężko się czyta wiadomości dowodzące tego, że udało się coś trafnie przewidzieć. Przy czym nie chodzi o rzeczy miłe i przyjemne, a wręcz przeciwnie. Jakiś czas temu, w ramach Debaty o tym co nas spotka w 2010 roku, rzuciłem myśl, że na pewno będzie się atakować Pawła Piskorskiego.

I proszę - wczoraj miał wizytę CBA (którą PO oddało ponoć fachowcom), a dziś możemy dowiedzieć się jakie będzie miał zarzuty.

Dla jasności - nie sądzę, aby Paweł Piskorski zrobił swój, niemały przecież, majątek całkowicie uczciwie. Należy jednak zauważyć, że sprawy te ciągnęły się za nim od lat, a nikt, dosłownie nikt, nie interesował się tym specjalnie. Nawet posłuszni Prawu i Sprawiedliwości prokuratorzy odpuścili Piskorskiemu gdy tylko został wykluczony z Platformy Obywatelskiej.

W ostatnich miesiącach osoba Pawła Piskorskiego zaczęła jednak na nowo wzbudzać zainteresowanie wymiaru sprawiedliwości i organów ścigania. Nie chciałbym tu tworzyć teorii spiskowych, ale zbiega się to w czasie z przejęciem przez Piskorskiego Stronnictwa Demokratycznego i rozpoczęciem budowania centrowej partii, która może być całkiem porządną alternatywą dla Platformy dla wszystkich, którzy mając liberalne poglądy gospodarcze mają też liberalny światpogląd i dostają drgawek na widok Gowina i reszty Dulskich Platformy.

Dość istotną poszlaką, wskazującą na to, że zainteresowanie Piskorskim ma podłoże polityczne, jest fakt, że w sprawę zaangażowane jest Centralne Biuro Antykorupcyjne, które jest jedyną instytucją spośród organów ścigania, której można użyć niejako "na żądanie". Policja, ABW itp. wymagają dobrze udokumentowanych dowodów lub poszlak by wszcząć bądź odnowić jakieś postępowanie, CBA zaś wystarcza poszlaka z jednego źródła, czego dowiodły już poprzednie akcje tej instytucji.

Ta poszlaka sugeruje nam też, że mogłem mieć rację, twierdząc, że PO przejmuje CBA nie w celu naprawy Biura, a w celu wykorzystania go do walki ze swoimi przeciwnikami, co było (w mojej opinii) drugim dnem odwoływania ze stanowiska szefa CBA Mariusza Kamińskiego w trybie superpilnym.

Paweł Piskorski nie jest aniołem i nie zamierzam go bronić. Nie mam jednak również zamiaru przypatrywać się jak partia rządząca eliminuje potencjalną konkurencję przy użyciu wymiaru sprawiedliwości. Takie praktyki stosował PiS i PO, jak widać, łatwo jest wejść na wydeptaną przez Jarosława Kaczyńskiego ścieżkę prowadzącą do państwa bezprawia.

Do następnego,

Intel-e-gent

Ten blog bierze udział w konkursie Blog Roku 2009

w kategorii Polityka


Jeśli chcesz oddać na niego głos, wyślij SMS o treści C00107

na numer 7144. Koszt SMS, to 1,22 zł brutto

środa, 13 stycznia 2010

Wybory już tuż tuż. PiS ogłosił początek kampanii na 8 marca (czy Jarosław Kaczyński chce dokonać nowego otwarcia w stronę kobiet?), Tomasz Nałęcz już zaczął kampanię, a inni kandydaci przebierają nogami w blokach startowych. To dobry moment by pomyśleć o tym jaki powinien być prezydent.

Konstytucyjnie, rola prezydenta to rola swoistego arbitra i zabezpieczenia przed nadmierną aktywnością rządu. Temu służą uprawnienia dotyczące nominowania sędziów, prokuratorów czy też prawo weta.

Prezydentem powinien być więc ktoś, kto umie znaleźć kompromis, ale też potrafi być twardy gdy wymaga sytuacja. Potrzebny jest więc ktoś, kto nad walkę przekłada rozmowy, traktując stawianie sprawy na ostrzu noża jako ostateczność. Wszyscy widzimy jak sprawdza się walka do ostatniego podpisu w wydaniu Lecha Kaczyńskiego i wiemy, że się nie sprawdza sprowadzając paraliż na niektóre istotne instytucje państwa.

Ale prezydentura to nie tylko szukanie kompromisu i weto. To również reprezentowanie Polski. Siłą rzeczy prezydent powinien umieć dogadać się w języku obcym, a najlepiej wielu językach i mieć duże zdolności dyplomatyczne. I znów dochodzimy do umiejętności zawierania kompromisów, które są nieodłączną częścią dyplomacji każdego państwa mniejszego niż globalne supermocarstwo.

Wydaje mi się, że najlepszym prezydentem byłby dobry dyplomata. Ktoś, kto umie znaleźć się w każdej sytuacji i uśmiechać się nawet wtedy, gdy wokół wszystko się wali. Charyzma jest niekonieczna. Co ciekawe, znajduję dwóch takich kandydatów wśród obecnych pretendentów. Mają oni, oczywiście swoje wady, które powodują, że nie są idealni, ale większość cech potrzebnych prezydentowi przejawiają. Ich przeszłość nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia.

Choć... faktem jest, że po prezydenturze Lecha Aleksandra Kaczyńskiego wymagania mam bardzo niskie. Chcę tylko, aby prezydent nie wszczynał wojenek na górze i zamiast machać szabelką zajął się rozmawianiem.

Czyli prezydent marzeń na dziś to ktoś, kto będzie przestrzegał Konstytucji... Nisko ustawił poprzeczkę Lech Kaczyński. A prezydent idealny to osoba która najpierw rozmawia, a potem się stawia, że tak to lapidarnie ujmę.

A jaki jest Wasz prezydent marzeń? Zachęcam do dyskusji na Debacie, elitarnym blogoforum.

Do następnego,

Intel-e-gent

Ten blog bierze udział w konkursie Blog Roku 2009

w kategorii Polityka


Jeśli chcesz oddać na niego głos, wyślij SMS o treści C00107

na numer 7144. Koszt SMS, to 1,22 zł brutto

wtorek, 12 stycznia 2010
Platformie opadło i wszyscy zastanawiają się dlaczego. Ja również.
niedziela, 10 stycznia 2010

Od lat konsekwentnie krytykuję klasę menedżerską (w tym przede wszystkim polską klasę menedżerską) za zbyt wysokie zarobki, oderwanie od rzeczywistości i inne jej przywary. Okazuje się, że to co wynika z moich luźnych obserwacji i nielicznych udanych prób zebrania jakiegoś materiału do pracy magisterskiej zostało potwierdzone badaniami.

Polskich prezesów od ich pracowników dzieli przepaść

Według parytetu siły nabywczej, polska kadra zarządzająca jest jedną z najlepiej wynagradzanych na świecie. W zamian otrzymujemy zaskakująco mało odpowiedzialności i fatalne zarządzanie.

Weźmy, jako przykład problemy niektórych firm z fluktuacją kadr na stanowiskach szeregowych, z którymi walczy się za pomocą takich pomysłów jak: specjalne zebrania motywacyjne, polegające na wmawianiu jaka to praca w firmie X jest wspaniała; ustalaniu osobnej stawki i sposobu zatrudnienia podczas szkolenia - różnica do obiecywanej stawki podstawowej jest wypłacana po przepracowaniu określonej liczby godzin itp. A wystarczyłoby podnieść o parę złotych stawkę za godzinę, by fluktuacja i związane z nią koszty szkoleń się skończyły.

Weźmy też pod uwagę brak odpowiedzialności. W sytuacji kryzysu, tylko dwóch (sic!) prezesów dobrowolnie zdecydowało się na obniżenie swoich apanaży, reszta zwalniała pracowników nie zastanawiając się nawet czy nie zwalnia aby ludzi potrzebnych. Efektem tego jest sytuacja, w której w niektórych firmach dwie osoby muszą wykonywać pracę dziesięciu, co w zdecydowany sposób odbija się nie tylko na jakości ich pracy, ale i na ich życiu prywatnym. Prezesów i kadry zarządzającej w ogóle to jednak nie obchodzi, bo liczą się słupki i wykresy.

Najciekawszym aspektem działalności polskiej kadry zarządzającej jest jednak to, że jedną z głównych umiejętności menedżerów jest umiejętność okradania pracowników z ich pomysłów. W jednej z dużych firm telekomunikacyjnych, przy okazji wprowadzania nowej marki na rynek, okazało się, że autorem pomysłu który doprowadził do powstania tej marki jest jeden z dyrektorów, którego buzia po dziś dzień pozostaje nieskażona myśleniem. Faktyczny pomysłodawca dostał na otarcie łez dyplom i uścisk dłoni prezesa. Wiem, że w tzw. branży dyrektor-złodziej jest uważany za geniusza, który wprowadził taki rewelacyjny pomysł na rynek.Dziwnym trafem do dzisiejszego dnia nie potrafił powtórzyć swojego sukcesu na minimalną choćby skalę.

Nie muszę zresztą uciekać się do cudzych przykładów, gdyż i mnie okradziono z dwóch moich pomysłów racjonalizatorskich i zrobiono to w białych rękawiczkach. Mógłbym z przyjemnością podać nazwiska tych panów, którzy to zrobili, ale jedyne co z tego będę miał to proces o zniesławienie, gdyż obaj panowie zadbali o to, by dokumentacja wskazywała, że obaj wpadli na mój pomysł dzień wcześniej niż ja.

Podsumowując, mamy w Polsce nową arystokrację, która bezczelnością, hucpiarstwem i bezmyślnością przewyższa wszelkie dokonania sekretarzy PZPR, ale jest kochana przez wszystkie media, bo to ta arystokracja decyduje o wydatkowaniu nie swoich pieniędzy. Ich pozycja jest bowiem możliwa tylko dzięki temu, że własność dużych korporacji jest w chwili obecnej tak rozdrobniona, że udziałowcy nie są w stanie sprawować rzeczywistej kontroli nad swoją własnością, dzięki czemu stała się ona faktycznie (bo nie prawnie!) własnością menedżerów. Kto nie wierzy, niech popatrzy w ilu radach nadzorczych zasiada przeciętny członek zarządu spółki notowanej na GPW. Kontrola nad menedżerami nie istnieje.

Brak kontroli, czy raczej nadzoru właścicielskiego umożliwił sytuację (zresztą, umożliwia ją na całym świecie, ale na Zachodzie wciąż dużą rolę odgrywa zachowywanie pozorów), w której menedżer może otrzymywać wynagrodzenie kilka razy większe od premiera czy prezydenta, ponosząc faktycznie odpowiedzialność mniejszą od radnego w małej gminie.

Najgorsze jest to, że niewiele możemy zrobić. Jedyne co przychodzi mi na myśl, to zakaz łączenia funkcji członka zarządu z zasiadaniem w jakiejkolwiek radzie nadzorczej i wprowadzenie obowiązku zatrudniania członków zarządu i prezesów na umowę o pracę. Ale to będzie tylko pudrowanie syfa.

Do następnego,

Intel-e-gent


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26

Reklama na blogach - Blogvertising.pl
Komentarze.eu - Przegląd polskiej blogosfery


http://www.blogroku.pl/lewysierpowy,gw8vm,blog.html