niedziela, 29 stycznia 2012
W cieniu ACTA zapomnieniu uległa sprawa religii w przedszkolach, za którą nagle rodzice przedszkolaków zaczęli płacić w niektórych gminach. Mimo faktu, że katecheza w przedszkolach jest nieobowiązkowa i zgodnie z konkordatem powinna być organizowana za wolą zainteresowanych, interwencji podjęło się Ministerstwo Edukacji Narodowej. MEN wyjaśniło, że katecheza powinna odbywać się w ramach bezpłatnych 5 godzin pobytu dziecka w przedszkolu czyli w ramach obowiązkowych zajęć dydaktycznych. Oficjalnie spełnia ona bowiem funkcje "opiekuńczo-wychowawcze". Tym samym w kręgach kościelnych skończyła się panika spowodowana faktem, że być może rodzice masowo zaczną wycofywać swoje dzieci z katechezy albo nawet zorientują się, że religia nie jest obowiązkowa i że przedszkole nie ma obowiązku jej organizować "z automatu" tylko na wniosek zainteresowanych taką formą edukacji rodziców. Tym samym zniknęła również szansa na to, by wycofać religię z przedszkoli. Nie dlatego, że katechetyzacja dzieci jest zła (a kto, poza najbardziej zapiekłymi ateistami tak powie?) tylko dlatego, że w przedszkolach przynosi więcej szkód niż pożytku w sytuacji, w której do jakiegoś przedszkola chodzą dzieci innego wyznania niż katolickie. Po prostu, separowanie od grupy rówieśniczej jest dla małego dziecka powodem do stresu, a reszta dzieci widząc, że któreś jest inne może się zacząć nad nim znęcać. Nie ma takiego zagrożenia jeżeli katecheza odbywa się poza przedszkolem - w kościele lub w domu. Dzieci muszą zobaczyć wprost, że któreś jest inne, by miało to dla nich znaczenie. Dzięki upchnięciu religii w przedszkolach mają ku temu okazję, a mało kto zadaje sobie trud wytłumaczenia dzieciom, że powinny to akceptować. A już szczególnie katecheci, bardziej zainteresowani opowiadaniem dzieciom o piekle, szatanie i aborcji (względnie, na szczęście tak jest w większości przypadków, śpiewaniem religijnych piosenek i rysowaniem cukierkowego obrazu Jezusa, Maryi i Kościoła). Z Konkordatu nie wynika, że religia ma być w przedszkolu w ramach bezpłatnych godzin. Wynika tylko tyle, że może być ona organizowana w ramach planu zajęć. Nie musi być więc tak, że płaci za nią państwo. Ale MEN wie lepiej co jest w interesie przedszkolaków i ich rodziców. W ich interesie jest to, żeby Kościół broń boże nie stracił źródła dochodów i możliwości wpływania na małe umysły. Do następnego, Intel-e-gent
czwartek, 26 stycznia 2012
Trzeba przyznać, że z podpisując ACTA rząd Donalda Tuska udowodnił jak bardzo liczy się z wolą społeczeństwa, które zorientowawszy się o co może w tej umowie chodzi nagle gorąco zapragnęło jej odrzucenia. Co prawda, podpisanie tego porozumienia niewiele w polskim prawie, przynajmniej na razie, zmienia i zmieni, ale dla ludzi ważniejsze są możliwe zagrożenia, co do których przekonani są, że są realne. Tymi zagrożeniami są - cenzura i ograniczenie wolności osobistej, którą miałoby ograniczyć ściganie ściągania plików. O ile w kwestii filmów, muzyki czy książek rzecz jest dyskusyjna, bo piracimy często dlatego, że innego wyboru nie mamy (a spróbujcie jakoś legalnie obejrzeć odcinek jakiegoś serialu nieemitowanego w Polsce), o tyle w kwestii oprogramowania już mniej, bo tu nie ma mowy o "dozwolonym użytku własnym" i każde pirackie ściągnięcie jest nielegalne. Ciekawe, że Polacy zbuntowali się dopiero wtedy gdy zagrożona została wolność "szczekania", a nie wcześniej, gdy rząd chciał ograniczać wolność osobistą np. pod pretekstem walki z dopalaczami czy kibolami. I ciekawe, że wciąż nie buntują się przeciwko temu, że większość zarabia tak marne pieniądze, że nie da się za nie wyżyć (ale jakimś cudem wciąż żyjemy). Czyżbyśmy, jako naród, przedkładali wolność słowa nad inne wolności? Media podały dziś uspokajająca wiadomość, że ACTA jest niezgodne z Europejską Kartą Praw Podstawowych. Tak orzekł Europejski Trybunał Sprawiedliwości. Wszystkim, którzy się cieszyli natychmiast przypomniało się, że z Kartą jest w Polsce pewien problem - rząd Jarosława Kaczyńskiego jej nie przyjął, zadowalając się tzw. protokołem brytyjskim, a rząd Donalda Tuska (który będąc w opozycji nawoływał do przyjęcia Karty w całości) uznał, że nie będzie tego stanu rzeczy zmieniał. I przez lata wszyscy zgodnie twierdzili, że Karta Praw Podstawowych gdzie jak gdzie, ale w Polsce nie obowiązuje, ku radości wszystkich zdegenerowanych liberałów i innych neoliberałów (nie mylić z prawdziwymi liberałami). Okazało się jednak nagle, że premier Donald Tusk zmienił front i twierdzi, że Karta w Polsce obowiązuje. I nie trzeba niczego zmieniać. Tymczasem większość prawników jest zgodna - protokół brytyjski skutecznie uniemożliwia powoływanie się na Kartę przy okazji jakiegokolwiek postępowania w instytucjach takich jak ETS. Czyli ACTA nie może być przez Polaków zaskarżona przed ETS, bo Karta jest ale jakby jej nie było... W tym wszystkim ważniejsze jest jednak to, że pieszczoszka mediów, które pomagały jej często za wszelką cenę, Platforma Obywatelska znalazła się nagle pod obstrzałem, a jej politycy z Donaldem Tuskiem na czele, wydają się nie rozumieć co się stało. I dlaczego nazywanie przeciwników "chuliganami" albo rzucanie populistycznymi argumentami w stylu "czy hakerzy odpowiedzą za niedostępność informacji konsularnej" przestało działać. Media, nawet TVN, nie powtarzają już tego co mówią politycy PO bezkrytycznie. Nagle z pieszczoszka, PO stała się chłopcem do bicia. I nie ma co się dziwić, bo kiedyś musiało to nastąpić. A okazja była ku temu przednia - przypominam, że chodzi o umowę, którą rząd zawarł niemal w tajemnicy, konsultował tylko z jedną stroną i za nic miał jakiekolwiek protesty. Nie mówiąc o tym, że na zastanowienie się mieliśmy jeszcze czas do 2013 i można było spokojnie przedyskutować sprawę zamiast podpisywać na łapu capu. Skoro był bowiem czas na dyskusję - należało krok po kroku tłumaczyć i słuchać tłumaczeń drugiej strony. A nie zachowywać się tak, jakby społeczeństwo było tylko przypadkowe. Po prostu - rząd Donalda Tuska ma nas głęboko tam gdzie słońce nie dochodzi. Może więc czas, abyśmy wzięli rząd na taczki? Uch, oby nie. Rewolucje zawsze są paskudne. Do następnego, Intel-e-gent
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Generalnie mam w ostatnim czasie politykę w "głębokim poważaniu". Bardziej mnie interesują moje problemy osobiste niż to co wyczyniają nasi kochani politycy. Ponieważ jednak pozbyłem się pewnego ciężaru, mogę znów spojrzeć na to, co robi Jego Łaskawość Premier Tysiąclecia, Słońce Peru, Wietnamu i Indii Donald Franciszek Tusk. A wziął się, po cichu, za ACTA czyli umowę regulującą walkę z podróbkami i naruszaniem praw własności intelektualnej. Co ciekawe, w ogniu kampanii wyborczej posłowie to przepchnęli. Także tych partii, które teraz tak krzyczą, że są przeciw. Nie czytają za czym głosują, czy jak? ACTA wcale nie wygląda aż tak strasznie jak ją malują. To raczej zbiór bardzo ogólnych regulacji i pobożnych życzeń. Niemniej jest tam parę niepokojących zapisów. Takich jak ten o tym, że na żądanie właściciela praw dostawca internetu ma udostępnić wszelkie dane abonenta. Oczywiście, żądanie ma być "uzasadnione", ale hmm... gdzie miejsce dla sądu? Podobnie ma się sprawa z amerykańską SOPA i w efekcie mamy zachodni świat, łącznie z Polską, ogarnięty wojną rządów z hakerami, którzy wzięli się za obronę wolności słowa. Bardzo możliwe, że ACTA jest rzeczywiście zagrożeniem dla wolności słowa. Wszystko zależy od dodatkowych regulacji, które uściśliłyby procedury. Znając nasz kochany rząd - byłyby one takie, że za sam fakt najechania myszką na niezbyt legalny plik można by się spodziewać wizyty ABW. Istotniejsze jest jednak to, że rząd robił z całej sprawy tajemnicę i wyszła ona, tak naprawdę, zupełnym przypadkiem. Pamiętam, że jakieś parę tygodni temu bodajże Andrzej Golimont zwracał na to uwagę na swoim facebookowym profilu, potem była jeszcze cisza i nagle ACTA stała się ważniejsza od farmaceutów, lekarzy i leków refundowanych. A już najbardziej przerażająca jest dezynwoltura z jaką przedstawiciele rządu Jego Miłości Tuska twierdzą, że najpierw się podpisze, a potem będzie się dyskutować. Halo, myśli tam ktoś, czy po prostu szuka okazji, jak dwa lata i rok temu, do cenzurowania internetu? I żeby nie było, że nie ostrzegałem. Do następnego (?) Intel-e-gent
czwartek, 05 stycznia 2012
Z zainteresowaniem przyglądam się "wojnie" lekarzy z rządem. Lekarze nie chcą wykonywać dodatkowej roboty i wcale im się nie dziwię, a rząd chce przerzucić dodatkową pracę (i koszty) na innych i też mu się nie dziwię, bo dziura budżetowa, mimo pokazowego wykupu wciąż jest pokaźna. Tak sobie jednak myślę, że lekarze są od leczenia, a NFZ od ubezpieczania. Nie wiem czemu lekarz w publicznej przychodni (ale i prywatnej również) miałby sprawdzać jakikolwiek dokument publicznego ubezpieczenia, skoro i tak zawsze podajemy numer PESEL pojawiający się na recepcie. Dla Narodowego Funduszu Zdrowia jest to informacja wystarczająca do stwierdzenia czy pacjentowi ulga się należy czy też nie i więcej nie jest potrzebne. Chyba, że... Chyba że rząd zamierza sprywatyzować system ubezpieczeń zdrowotnych i zamiast publicznego systemu będziemy mieli system rynkowy z konkurującymi ze sobą ubezpieczycielami, tak jak jest to w USA. Co, co prawda, przełoży się na wyższe wydatki na zdrowie, ale też i sprawi, że jeszcze więcej osób będzie pozbawionych ubezpieczenia. Rola lekarza w systemie refundacji ogranicza się, tak naprawdę, do stwierdzenia, czy choroba jest przewlekła czy też nie. To określa stopień refundacji, a ewentualne wyjątki w postaci inwalidów wojennych można ewentualnie sprawdzać w przychodni/szpitalu. Natomiast sprawdzanie reszty (i ściganie nieubezpieczonych) powinno być w gestii NFZ. Przynajmniej dotąd, dokąd mamy PUBLICZNY system opieki zdrowotnej, a nie KOMERCYJNY. W ogóle system sprawdzania ubezpieczeń zdrowotnych jest postawiony na głowie. Z niewiadomych dla mnie względów to szpitale i przychodnie mają sprawdzać czy jestem ubezpieczony i ścigać tych, którzy nie są. Tymczasem powinny one identyfikować pacjenta na podstawie dokumentu z numerem PESEL, a reszta powinna być w gestii NFZ, któremu przecież za coś płacimy, prawda? Lekarz jest od leczenia, a publiczny ubezpieczyciel od ubezpieczania i ścigania wyłudzających świadczenia. W wojence lekarzy z rządem staję więc po stronie lekarzy. Którzy nieco przypadkiem stopują kolejny krok rządu w kierunku komercjalizacji systemu ubezpieczeń zdrowotnych. O ile bowiem nie mam nic przeciwko prywatnym przychodniom czy szpitalom, o tyle uważam, że podstawowy system ubezpieczeń zdrowotnych powinien być publiczny. Przykład wielu państw wskazuje, że tak jest najlepiej dla pacjenta czyli dla każdego z nas. Nawet jeśli czasem trzeba poczekać na leczenie. Donald Tusk i Bartosz Arłukowicz (Panie ministrze, następnym razem niech Pan nie opóźnia samolotu do Szczecina ignorując wezwania do zapokładowania) mogą sądzić, że lekarzy da się uciszyć jak sprzedawców dopalaczy albo zrobić z nich wrogów publicznych jak z kiboli. Ale nie pójdzie im tak łatwo. Bo nawet jeśli większość z nas nie lubi lekarzy, to jednak wydaje się oczywiste, że póki system ubezpieczeń jest publiczny, to przerzucanie roboty NFZ na lekarzy jest pomyłką. Co oczywiście nie wynika z niekompetencji rządu czy ministra. Rząd PO kompetentnie dąży do komercjalizacji ubezpieczeń na wzór amerykański. Jak to się kończy wie szczególnie te kilkadziesiąt milionów obywateli USA bez ubezpieczenia zdrowotnego. Do następnego (?), Intel-e-gent
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Prokuratura wreszcie zabrała się za Antoniego Macierewicza i to jak rozwalił polski wywiad i kontrwywiad wojskowy. Prokuratorzy chcą uchylenia immunitetu posła, co bardzo nie podoba się Jarosławowi Kaczyńskiemu i trudno się temu dziwić, bo przecież Macierewicz realizował czystkę dla prezesa, nawet jeśli sam się do niej rwał. To, że przy okazji, pozbawił naszych żołnierzy ochrony wywiadowczej (i kontrwywiadowczej) oraz spalił nasze służby dla wszystkich, którzy chcieliby z nimi kiedykolwiek współpracować z przyczyn racjonalnych, nie ma już znaczenia dla Jarosława Kaczyńskiego. Ważniejsze było czyszczenie służb z "reliktów PRL". Dlatego teraz Jarosław Kaczyński odkrywa Amerykę i stwierdza, że obecna Polska jest kontynuacją PRL. No jak nie jak tak? Jest oczywistą oczywistością, że III RP jest kontynuacją Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Zmiana ustroju odbyła się pokojowo, nie było w międzyczasie żadnej okupacji, a sędziowie, prokuratorzy czy policjanci pozostali, z nielicznymi wyjątkami największych sku...ieli ci sami. Nie było rewolucji, tylko ewolucja. Siłą rzeczy mamy więc kontynuację, a nie coś zupełnie innego. Oczywiście, Kaczyńskiemu chodzi o coś innego. Sądzi, że prokuratorzy są dyspozycyjni politycznie, podobnie jak sędziowie i cała reszta. W pewnym sensie ma rację - ci ludzie, choć spora część składów prokuratur się już dawno wymieniła, wciąż są czuli na to czego może chcieć władza. To samo dotyczy sądów. Ale tak jest w każdym kraju, w mniejszym lub większym stopniu. W III RP najgorszym okresem pod tym względem był okres rządów PiS, kiedy prokuratorzy działali jawnie na zlecenie ministrów i premiera wsparci policją polityczną ukrytą pod nazwą Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Za czasów rządów Platformy zmieniło się niewiele, ale za to jedna zmiana jest jakościowo ważna. Co prawda CBA jest nadal dyspozycyjną policją polityczną, a sędziowie słuchają uważnie czego chce rząd, tak samo prokuratorzy, ale mimo wszystko prokuratura jest teraz niezależna. PO została zmuszona do oddzielenia prokuratury od rządu i chwała Platformie za to, że dała to sobie wmusić. Nie ma bowiem już żadnych bezpośrednich przełożeń między rządem, a prokuraturą i jest to ważna różnica między III RP a PRL. Bowiem to, że prokuratorzy starają się przewidzieć co spodoba się władzy to jedno. A to, że muszą robić to co się tej władzy podoba to drugie. Kto nie widzi różnicy naprawdę żyje w PRL i to nie tej prawdziwej, a tej z koszmarnych opowieści byłych opozycjonistów. Tak jak wielki bohater Stanu Wojennego Jarosław Kaczyński. Który świadomie zaciera różnice między miękką a twardą siłą. I nie widzi, że jeszcze dekady będziemy odzyskiwać pozycję jaką zawsze miały nasze służby wywiadowcze do momentu, do którego jakiś idiota nie dopuścił do nich szaleńca. Do następnego, Intel-e-gent
niedziela, 18 grudnia 2011
Kończy się polska prezydencja w UE co do której miałem spore obawy. Bałem się, że rząd zechce ją wykorzystać w kampanii wyborczej, a poza tym schrzani wszystko co było do schrzanienia. Okazuje się jednak, że nie było tak źle. Co prawda rząd korzystał w kampanii w faktu, że Polska przewodniczy Unii, ale robił to całkiem, jak na polskie standardy, dyskretnie. W zasadzie tylko na początku próbował zamknąć usta opozycji pod pozorem, że "musimy grać razem przewodnicząc Unii", ale kiedy to się nie udało, odpuścił. Należy to zaliczyć na plus rządu, bo pokusa na pewno była spora. Zdecydowanie korzystnie oceniam działania polskiej prezydencji w walce z kryzysem w UE. Nie mogliśmy wiele zrobić, bo kasę trzymał kto inny, ale próbowaliśmy doprowadzać do porozumienia. Zostało to docenione w innych krajach, w Polsce przeszło niezauważenie. Być może dlatego, że ludzie mają już dość ciągłego mówienia jaka to Platforma jest wspaniała, a Tusk cudowny. Trzeba jednak przyznać, że również determinacji naszego premiera zawdzięczamy porozumienie w sprawie ratowania wspólnej waluty. Ujemnie oceniam natomiast brak jakiegokolwiek pomysłu, czy nawet próby szukania jakiegoś rozwiązania sytuacji w Syrii. Fakt, bliżej też mamy kłopoty z dyktaturą, ale pamiętajmy, że kraje UE angażowały się w pomoc dla Libii czy egipskich demonstrantów. Przydałoby się, aby syryjski reżim, choć nie ma żadnych zasobów naturalnych (ani nie panuje nad żadnym ważnym szlakiem wodnym) wiedział, że promocja demokracji to dla UE rzecz ważna, a nie tylko związana z interesami korporacji. Niemniej bilans polskiej prezydencji jest pozytywny. Udało się nam nie tylko niczego nie schrzanić, ale i osiągnąć jakieś pozytywy. Jeżeli nam się wydaje, że to mało, to pamiętajmy, że rola prezydencji jest teraz mniejsza niż była jeszcze kilka lat temu. A co Wy sądzicie o bilansie polskiej prezydencji? Zachęcam do debatowania na blogu Debat. Do następnego, Intel-e-gent
sobota, 17 grudnia 2011
Marszałek Ewa Kopacz zamówiła w sprawie krzyża wiszącego w Sejmie ekspertyzy od prawników. To zadziwiające, ale dwóch z czterech owych prawników pracuje na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim (w tym jeden jest księdzem [sic!]), jeden udziela się czasem w "Naszym Dzienniku", a jedyny "neutralny" nie jest konstytucjonalistą... Nic więc dziwnego, że ekspertyzy prawników brzmią niemal jak pisane przez Episkopat i dowodzą, że krzyż w sali obrad Sejmu jest, był i będzie legalny jeżeli nie jako symbol religijny, to jako kulturowy a do tego nikogo nie uraża i na nikogo nie wpływa. A poza tym Polska jest krajem neutralnym światopoglądowo, bo broni wyznania i krzyża. W ten sprytny sposób Platforma Obywatelska rękami marszałkini Kopacz pokazała Ruchowi Palikota wyprostowane środkowe palce, podobnie jak pokazała je obywatelom. Owe ekspertyzy prawne wpisują się, niestety, również w orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego w sprawach światopoglądowych, które za pomocą niewiarygodnej wręcz ekwilibrystyki prawniczej dowodzą, że białe jest czarne, czarne jest białe, a umacnianie jedynie słusznej przewodniej roli Kościoła Katolickiego to działanie na rzecz demokracji i neutralności światopoglądowej państwa. Nic dziwnego, że SLD nigdy nie chciało iść na takie wojenki - już samo doświadczenie prawnicze Kalisza musiało podpowiadać jakich łamańców prawnych będzie używać prawica. Ale dobrze się stało, że Ruch Palikota zdecydował się jednak na taki krok. Hipokryzję i woluntaryzm trzeba obnażać, inaczej nie da rady zmienić świadomości społeczeństwa i prawników. Tak czy inaczej, należy się spodziewać, że w każdej podobnej sprawie politycy PO będą zamawiać ekspertyzy od krzyżackich, a nie prawniczych ekspertów. A potem będą się dziwić, że ateistyczny "Nasz Dziennik" czyli "Fakty i Mity" pisze, że Polska jest pod watykańską okupacją. Ja tam się nie dziwię. Nie biorę do rąk ani jednego, ani drugiego czasopisma, a sam mam czasem takie wrażenie. Do następnego, Intel-e-gent
niedziela, 11 grudnia 2011
Sojusz Lewicy Demokratycznej wybrał swojego nowego szefa. Został nim szef stary - Leszek Miller, który wypłynął z mroków niepamięci i na nowo robi karierę. Symboliczne jest, że natychmiast pospieszył do niego z kwiatami Grzegorz Napieralski. Co prawda uważam Millera za niezłego polityka i osobę, która sprawdza się w Sejmie, ale partii to przyniósł on więcej szkód niż pożytku. I wcale nie mam tu na myśli dętej afery Rywina, w której wciąż nie jest wyjaśniona rola Wandy Rapaczyńskiej, a to co zrobił w dziedzinie wewnętrznych spraw SLD. Tak się bowiem składa, że to za czasów Millera w SLD zaczęto promować ludzi takich jak Napieralski czy Kalita - miernych aparatczyków przekonanych o własnej doskonałości. Eliminowano natomiast ludzi zdolnych i mających coś do przekazania. Skutkiem działalności Leszka Millera zmierzającej do wyeliminowania zagrożeń dla jego władzy w Sojuszu jest dzisiejsza intelektualna i programowa posucha tej partii. Oczywiście, może być tak, że Leszek Miller zdał sobie sprawę ze swoich błędów i będzie próbował promować teraz działaczy inteligentniejszych od ameby i Kality, ale szczerze w to wątpię. Tygrys może zmienić skórę, ale nie charakter. Wybór Millera na szefa SLD oznacza, że muszę zacząć szukać innej partii na którą mógłbym głosować i będę miał z tym problem, bo takiej partii nie ma. Owszem, pociąga mnie antyklerykalizm Ruchu Palikota i darzę autentycznym szacunkiem wielu posłów tej partii, ale skrajnie liberalny program gospodarczy Palikota po prostu mnie odrzuca. Pozostaje mi mieć nadzieję, że z SLD wyłoni się coś bardziej autentycznie lewicowego i mój głos nie będzie głosem oddawanym na pozaparlamentarną opozycję. Tak czy inaczej syndyk masy upadłościowej SLD zaczął swą pracę. Do następnego (?) Intel-e-gent
środa, 30 listopada 2011
Są tacy, którzy chcą Radosława Sikorskiego postawić przed Trybunałem Stanu za to co powiedział w Berlinie. Natomiast ja chcę pochwalić ministra za odważne przedstawienie propozycji, która faktycznie może przyczynić się do usprawnienia Unii Europejskiej i pogłębienia zjednoczenia Europy. Aby zrozumieć dlaczego chwalę Sikorskiego (którego serdecznie nie lubię i zasadniczo uważam za głupca) warto cofnąć się w czasie i przyjrzeć się Stanom Zjednoczonym z czasów między Wojną o Niepodległość a Wojną Secesyjną. USA było wtedy związkiem suwerennych państw, które zgodziły się być członkami federacji znanej jako Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Lojalność wobec stanu była ważniejsza niż lojalność wobec federacji. A nie tylko stany południowe rozważały możliwość wyjścia z Unii (również Nowa Anglia chciała to zrobić). Łącznikiem między stanami była wspólna waluta, nieliczne wspólne prawa, wspólna armia i, zasadniczo, wspólna polityka zagraniczna prowadzona przez wspólnego prezydenta. Dopiero Wojna Secesyjna sprawiła, że USA stały się krajem mocniej scentralizowanym. Głównie wskutek kruczków prawnych zastosowanych przez zwycięzców, którzy siłą uniemożliwili przegranym skorzystanie z prawa do opuszczenia federacji. Europa ma szansę znacznie mądrzej i bezkrwawo stworzyć silną Unię. Bez uciekania się do wojny totalnej, naciągania prawa czy ignorowania suwerenności swoich członków*. Łącznikiem między krajami UE są wspólne prawa oraz, dla części członków, wspólna waluta. Nie mamy, tak naprawdę, wspólnej polityki zagranicznej, nie mamy wspólnej armii, nawet parlament i rząd (czyli Komisja Europejska) są ułomne i, co najgorsze, nie mają porządnej legitymacji demokratycznej. Propozycje Sikorskiego, wyznaczające kierunek na głęboką integrację są więc niczym innym jak propozycją powołania Stanów Zjednoczonych Europy, które mogą przyjąć kształt federacji lub raczej konfederacji, bo nie sądzę by jakiekolwiek państwo UE zrezygnowało formalnie z swojej suwerenności. Może natomiast oddać część swoich uprawnień Unii, tak aby ta była nie tylko bardziej demokratyczna i mniej skupiona na sprawach lokalnych (wspólna lista do PE), ale i silniejsza. Nie oszukujmy się, doszliśmy do etapu, na którym albo musimy powiedzieć tak dla głębszej integracji albo rozwiązać Unię i wrócić do własnych piaskownic godząc się na to, że państwa europejskie nic już nie będą znaczyć w świecie. Jeżeli więc chcemy, aby Europa się liczyła - musimy pogłębić integrację. Pytanie czy chcemy, aby Europa była mocarstwem czy bardziej liczy się dla nas, europejczyków nasz własny, krajowy grajdołek? To pytanie do każdego, zarówno Polaków jak i Francuzów, Niemców czy Brytyjczyków. Bo żaden kraj UE nie będzie już w stanie pojedynczo odgrywać takiej roli w świecie do jakiej przyzwyczaiło nas kilkaset lat dominacji europejskich mocarstw w świecie. Dziś piszę więc: Brawo Sikorski. Masz u mnie plusa. Do następnego (?) Intel-e-gent *Niewolnictwo było w Wojnie Secesyjnej sprawą wtórną i traktowaną przedmiotowo. Los niewolników byłby prawdopodobnie lepszy, gdyby Konfederaci sami wyzwolili niewolników. Czytałem, że planowali robić to stopniowo, co mogło lepiej zabezpieczyć ekonomiczne interesy niewolników, którzy wskutek gwałtownego wyzwolenia doznali natychmiastowego pogorszenia sytuacji ekonomicznej. Wiem, to dziwne, ale bierze się to z tego, że elitom Unii zależało na jak największej ilości taniej siły roboczej.
niedziela, 27 listopada 2011
Platforma Obywatelska od lat rządzi lub współrządzi Warszawą i przez te wszystkie lata starannie przypisywała sobie cudze zasługi, a co złe - zrzucała na innych. I mogła tak robić, bo mieszkańcy stolicy mieli jeszcze w pamięci paraliż inwestycyjno-urzędniczy z czasów Lecha Kaczyńskiego. Ale że minęło już 6 lat od tego czasu, a i rok już mija od czasu gdy PO zaczęła rządzić sama. Czas więc, aby Platforma ponosiła konsekwencje tego co robi. Hanna Gronkiewicz-Waltz i jej ekipa rządzi Warszawą coraz bardziej jak swoim udzielnym księstwem, w którym nie liczy się wola mieszkańców, a liczy się to co może władza. A może wiele - może planować kompletny paraliż północnej części miasta, bo ma właśnie do wydania miliard złotych. W związku z czym zanim otworzy Most Północny, zamknie Most Toruński. No bo miliard nie może się zmarnować. A to ile warszawiacy (i gospodarka) straci wskutek paraliżu komunikacji nie jest już istotne. O, właśnie - Most Północny. Mieszkańcy i radni łączących go dzielnic chcą takiej właśnie nazwy nowej przeprawy. Ale ekipa PO wymyśliła sobie, że most ma nosić imię Marii Skłodowskiej-Curie. Zapewne po to, aby nikt nie wpadł na pomysł nazwać go imieniem Lecha Kaczyńskiego. W związku z czym radni PO, na wniosek władz miasta zapewne oleją ciepłym płynnym efektem procesu wydalania wolę mieszkańców i radnych dzielnicowych. I to tylko dlatego, że mogą sobie na to pozwolić. Mam nadzieję jednak, że radni PO pójdą po rozum do głowy i zagłosują wbrew swojej natchnionej przez Ducha Św. prezydent. Tym bardziej, że nazwanie mostu tak jak chce ekipa Bufetowej byłoby idiotyzmem, bo mieszkańcy i tak nie będą używać zaproponowanej nazwy. Tak jak, z wyjątkiem (bardzo) nowych warszawiaków, nie używają nowej nazwy Ronda Babka wmuszonej mieszkańcom przez sklerotycznych kombatantów przeświadczonych (dzięki wazelinie lanej im i przez PiS, i przez PO), że to, że walczyli w Powstaniu czyni z nich wyrocznię i najważniejsze postacie Warszawy. Oczywiście, kombatantom pomógł Lech Kaczyński, tak jak ekipa PO pomogła im z "makaronową" nową nazwą stacji metra "Świętokrzyska" (Świętokrzyska-Pasta, od budynku PAST-y, który AK zdobyło w czasie Powstania). Wola mieszkańców, którzy nie życzą sobie nadmiernie skomplikowanych nazw nie ma jednak znaczenia. Hanna Gronkiewicz-Waltz i jej ekipa poczyna sobie w Warszawie jak w udzielnym księstwie. I ma naśladowców. Takich jak Hanna "Myślę o Łodzi" Zdanowska w Łodzi. W końcu, powiedzmy to sobie szczerze, Platforma, tak jak prezes Kaczyński, wie lepiej co jest dla Nas lepsze. I nie będzie się przejmować, przypadkowym społeczeństwem. Do następnego (?) Intel-e-gent *Errata (28.11.2011) Jak słusznie zwrócono mi uwagę - za remont Mostu Toruńskiego (aka Grota) odpowiada GDDiKA. Również słusznie zwrócono mi uwagę, że remont ma się zacząć jednak po oddaniu do użytku Mostu Północnego. W związku z tym, zarzuty wobec HGW i jej ekipy są w tym zakresie niesłuszne i niniejszym je odszczekuję: Hau, hau, hau. Oczywiście, przepraszam panią prezydent miasta i jej ekipę za niesłuszny zarzut. Pozostałe zarzuty utrzymuję w mocy. |
Zakładki:
A tu efekty mojej pracy ;)
Debata
Zaglądam i polecam
Tagi
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||