Lewicowy punkt widzenia
czwartek, 03 kwietnia 2008

Wszyscy, łącznie ze mną, cieszyli się z wyglądających na idiotyczne ruchy Prawa i Sprawiedliwości wokół kwestii Traktatu Lizbońskiego. Jarosław Kaczyński sprawiał wrażenie samobójcy, kiedy nazywał klęską to, co dwa miesiące wcześniej ogłaszał sukcesem brata. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że gra ta miała jakiś dodatkowe znaczenie. Oprócz, oczywiście, próby zaspokojenia Rydzyka.  

Dziś czytam o tym, że Jarosław Kaczyński uważa zakończenie tego cyrku za swój sukces. W pierwszej chwili roześmiałem się serdecznie i radośnie, ciesząc się, że Jarek stracił już kontakt z rzeczywistością i tylko kwestią czasu jest jego zniknięcie w politycznym niebycie. Jednak po chwili dopadła mnie refleksja "A co jeśli naprawdę ma powody do świętowania?"

Pamiętam, że wczoraj po raz pierwszy media nie przedające za Lechem Kaczyńskim pisały o nim jak o mężu stanu. Że zachował się wreszcie jak prezydent, a nie członek PiS. I zacząłem myśleć "A co jeśli to był najważniejszy cel Jarosława Kaczyńskiego?".

Szczerze mówiąc, taki wniosek ma ręce i nogi. Prezydent zbyt łatwo zmienił front - nie minęło wiele czasu od emocjonalnego orędzia przeciw a już mieliśmy bezwarunkowe poparcie prezydenta za. Poparcie wyrażone w wielkim stylu przez prezydenta jakoby przekonanego argumentami Donalda Tuska.

Czy kiedykolwiek bracia Kaczyńscy dali się namówić do czegoś, co nie było im na rękę? Ja sobie nie przypominam takiego przypadku.

Jarosław mówi teraz, że nie ma żadnego rozłamu pomiędzy nim, a bratem. I wierzę mu, bo przecież dotychczas było tak, że Lech nie szepnął nawet bez konsultacji z bratem. To nie mogło się nagle zmienić.

Może więc to wszystko było tylko i wyłącznie wielką zmyłką, mającą na celu podniesienie szans Lecha Kaczyńskiego na reelekcję?

Do następnego,

Intel-e-gent 

09:46, intel-e-gent
Link Komentarze (5) »
wtorek, 01 kwietnia 2008

LiD rozpadł się bez większego żalu z czyjejkolwiek strony. Najbardziej zawiedzeni są Demokraci, którzy nagle uświadomili sobie, że już napewno żaden z nich nie ma szans w wyborach do Parlamentu Europejskiego, że już nie ma szansy wspinania się po plecach aparatu SLD.

Nie dziwię się jednak oburzeniu zarówno Demokratów jak i Marka Borowskiego. Takich rzeczy nie rozgrywa się w ten sposób. Nie robi się tego z dnia na dzień, nawet jeśli jest to uzasadnione. Ale żeby móc to rozegrać z klasą, trzeba być prawdziwym liderem. A o Olejniczaku nie da się tego, niestety, powiedzieć.

Nie jest on typem przywódcy, raczej aparatczyka, podobnie jak wszyscy jego konkurenci. Bo przecież nie jest liderem Napieralski. Co najgorsze, w Sojuszu Lewicy Demokratycznej na próżno szukać ludzi o mentalności przywódcy. Większość z nich została, wskutek chowu wsobnego, wyeliminowana w czasie niepodzielnych rządów Millera. Resztę, wykosili ludzie tacy jak Olejniczak i Napieralski.

Tymczasem lewica, czy to z Demokratami czy to bez, nie jest w stanie dokonać przebudowy szybko i sprawnie. Oraz, co ważne, wiarygodnie. A że zmiana wizerunku jest potrzebna, nie trzeba przekonywać nikogo.

Oczywiście ta zmiana dokonuje się powoli, lewica zaczyna wreszcie mówić o tym, że Kościół ma zbyt duży wpływ na państwo, że nie wolno faworyzować klas wyższych, ale to wciąż brzmi mało przekonująco. Wszyscy bowiem pamiętają jak liderzy SLD proponowali podatek liniowy i smakowali okolice pośladków biskupów. Trzeba więc czasu, którego chyba nie ma.

Tylko wiarygodny, nowy lider mógłby szybko pokazać nową wiarygodną twarz lewicy. A ja takiego lidera nie widzę. Gdziekolwiek nie spojrzę widzę twarze nowych Olejniczaków. Aparat SLD wspiera miernoty i to boli, gdyż potrzeba tu osoby nietuzinkowej.   

Bo tak na dobrą sprawę lewica potrzebuje dziś swojego Mojżesza, który poprowadziłby ją do Ziemi Obiecanej.  

Co jest oczywistą oczywistością... 

Do następnego,

Intel-e-gent 

10:02, intel-e-gent
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 31 marca 2008

Poniedziałkowe poranki miewają w sobie coś uroczego. Wtedy bowiem, po niedzieli, zaczyna się od nowa cykl życia politycznego i pojawiają się często nowe kwiatki, którymi można upiększyć bądź upaskudzić sobie życie.

Nie da się ukryć, że Zbigniew Ziobro, zwany popularnie Gwoździem lub Zerem, bywa rozbrajający. Ten człowiek, były już, na szczęście, minister sprawiedliwości, w sposób perfekcyjny dowodzi jak profesjonalna była ekipa Prawa i Sprawiedliwości. Zbigniew Ziobro. Zdjęcie z trybuna.com.pl

Wszyscy wiemy, że minister Ziobro miał służbowego laptopa, który uległbył "przypadkowemu" uszkodzeniu. Okazuje się jednak, że laptop ten nie był tylko i wyłącznie do użytku ministra, czego można byłoby się spodziewać po ważności jego stanowiska i dostępności dla niego najróżniejszych tajnych materiałów.

Minister Ziobro miał bowiem dobre serce i rozumiejąc, że przyjaciółka jego zwana przez niektórych Patti jest traktowana przez swego pracodawcę podle i laptopa nie dostała, użyczał jej swojego aby mogła szykować scenariusze programów informacyjnych, dziwnym zbiegiem okoliczności dotyczących osoby ministra...

Dobre serce może jednak Ziobrę zgubić. Twierdzi on, że nie było żadnych tajnych materiałów w pamięci komputera, ale przecież mogły się tam znajdować. Poza tym jak można pięknemu Zbigniewowi wierzyć, skoro wcześniej twierdził on, że w żaden sposób nie miał wglądu w scenariusze programów informacyjnych?

Powiedzmy sobie szczerze, na twardym dysku tego komputera w każdej chwili mogły znaleźć się tajne informacje - wystarczyło, że ktoś przesłał je do ministra mejlem. A Patrycja mogła włączyć program pocztowy i przeczytać sobie dowolnego mejla, o ile Ziobro nie zabezpieczył dostępu hasłem, ale przecież nie mamy żadnej gwarancji, że tak zrobił.

I za to powinien Ziobro trafić przed oblicze wysokiego sądu.

Swoją drogą, wychodzi teraz jak profesjonalna była ekipa PiS, skoro nie potrafiła w żaden sposób przestrzegać zasad tajności.

I tylko nie wiem - śmiać się, czy płakać?

Do następnego,

Intel-e-gent

09:38, intel-e-gent
Link Komentarze (4) »
niedziela, 30 marca 2008

Zastanawiam się czy ktokolwiek coś jeszcze rozumie z cyrku jaki dzieje się wokół Traktatu Lizbońskiego. Ja bowiem, szczerze mówiąc, przestałem rozumieć cokolwiek.

Pamiętam przecież, jak zaraz po podpisaniu, propagandyści PiS ogłaszali wielki sukces małego prezydenta. Pisali i mówili o tym ile jego Fotyga, przepraszam, fatyga, przyniosła dobrego. Przyznam szczerze, że po rzuceniu okiem na wynegocjowane warunki, też się specjalnie nie krzywiłem. Ot, coś się wreszcie udało.

Niemniej miesiąc temu Jarosław Kaczyński, bez którego zgody Jego Ekscelencja Prezydent Rzeczypospolitej nie śmie nawet szepnąć na arenie politycznej, ogłosił, że ratyfikacja Traktatu będzie hańbą i zniewoleniem. Przyznam, że straciłem wtedy rezon i zdębiałem. No bo jakże to? Coś jest sukcesem na jesieni, a porażką zimą? Idiotycznie zachował się wtedy Donald Tusk, który zaczął z PiSem rozmawiać, zamiast jak katarynka powtarzać, że przecież ogłosili sukces... Istotnym powodem, dla której Jarosław Kaczyński nagle zmienił front, było z pewnocią zdanie pewnego zakonnika z Torunia. 

Prawo i Sprawiedliwość długo domagało się, więc, specjalnych i rydzykownych zapisów w ustawie ratyfikacyjnej, by w końcu spuścić z tonu i żądać specjalnej ustawy będącej aneksem do ustawy ratyfikacyjnej. Europa, która dotychczas załamana waliła głową w mur, teraz zaczęła dla odmiany pukać się w czoło. Dla większości europejskich polityków jest istotnym novum dbanie o interesy już po podpisaniu dokumentu zamiast w trakcie negocjacji nad nim.

Platforma Obywatelska, zamiast po prostu spuścić PiS na drzewo (ryzykowne, fakt), podjęła się troskliwych negocjacji i, jak sam to określił dziś Donald Tusk (premier) zastosowała strategię miłości. Efekt jest taki, że prezydent Lech Kaczyński łaskawie zgodził na to, aby to rządowy projekt stał się podstawą do ratyfikacji Traktatu, natomiast interesy Rydzyk, przepraszam PiSu, mają być zabezpieczone specjalną uchwałą. 

I dlatego nic nie rozumiem. Nie da się bowiem ukryć, że takimi cyrkami ryzykujemy utratę twarzy w Europie. O ile jeszcze ją mamy.   Co prawda dociera do mnie, że Rydzyk chciał pokazać, że Jarosław Kaczyński musi się z nim liczyć, a z kolei Jarek chciał pokazać, że jego brat potrafi łagodzić konflikty. Ale czy musieli, przy okazji, narobić nam wstydu przed całą Europą?

Do następnego,

Intel-e-gent 

18:41, intel-e-gent
Link Komentarze (7) »
sobota, 29 marca 2008

Swego czasu nabrałem przekonania, że talenty  Antoniego Macierewicza nie znają granic. Sposób przeprowadzenia tzw. nocy teczek czy podania raportu likwidacyjnego WSI potwierdzały tę tezę. Okazało się jednak ostatnio, że nawet Macierewicz potrafi przekroczyć samego siebie.

Jak wiemy, miało on zlecone zadanie likwidacji "złych" służb specjalnych. Oczywiście złych, bo nie należących od PiS, ale to dla niego i jego mocodawców było akurat najmniej istotne. Po likwidacji miało nastąpić utworzenie nowych, w pełni profesjonalnych służb uwolnionych od tzw. komunistycznych naleciałości.

No i uwolnił Antek służby od naleciałości. A wręcz pojechał po całości i uwolnił je od tajności. Teraz w byle elektromarkecie można sobie sprawdzić który spośród kupujących pracuje w służbach, bowiem pod rządami Antka-policmajstra służby zerwały wreszcie z najgorszym odium ery Peerelu - tajnością.

Oto zaświadczenia o zatrudnieniu najtajniejszych agentów są wystawiane przez ich macierzystego pracodawcę. Żadnego ukrywania się, czy tworzenia fałszywych tożsamości, tak jak dzieje się to na zgniłym zachodzie i jeszcze bardziej zepsutym wschodzie. Nasi agenci są jawni, dzięki czemu należy się ich bardziej bać.

Powiedzmy sobie szczerze, to najbardziej rewolucyjna zmiana w pracy wywiadu i kontrwywiadu jaka nastąpiła w ostatnich stuleciach. Agenci obcych mocarstw już od samego początku znajomości z naszymi orłami będą drżeć ze strachu "ojej, interesuje się mną polski kontrwywiad. Zdemaskowali mnie. Jestem spalony i muszę wracać do kraju".

Czyż to nie jest genialne? Wszystko jawne i wszystko jasne!

Do następnego,

Intel-e-gent 

12:37, intel-e-gent
Link Komentarze (3) »
1 ... 136 , 137 , 138 , 139
 
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
A tu efekty mojej pracy ;)
Nie tylko bloger czyli...
Zaglądam i polecam

Komentarze.eu - 
Przegląd polskiej blogosfery