Lewicowy punkt widzenia

PO

wtorek, 28 lipca 2015

Biedronka (Fot. Wimedia Commons)

Lata temu jedną z najgłośniejszych afer była ta związana z łamaniem praw pracowniczych w sklepach sieci Biedronka. Z zeznań, kontroli i śledztwa wyłaniał się wtedy ponury obraz zorganizowanego systemu wyzysku, w którym pracownik miał niewiele więcej do powiedzenia niż więzień. Tak naprawdę afera się rozmyła, bo brak jest w Polsce instrumentów prawnych, które pozwalałyby faktycznych inicjatorów tego systemu posadzić za kratki i karę ponieśli nieliczni kierownicy średniego szczebla. Od tego czasu Jeronimo Martins poprawiło nieco standardy - nadal płaci słabo, ale zatrudnia bezpośrednio i daje pracownikom benefity socjalne w postaci opieki medycznej, dotacji do wakacji itp. Nie zmienia to jednak faktu, że zarządzający JMP i Biedronką są winni temu, że ich sklepy przywodziły niektórym na myśl raczej obóz niż miejsce pracy. Nie zmienia to też faktu, że łamanie polskiego prawa pozostało bezkarne.

Dziś dowiadujemy się, że szef Biedronki Pedro Pereira da Silva dostanie od państwa polskiego order - Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Co prawda, znajdzie się w doborowym towarzystwie np. Hosni Mubaraka (dawny dyktator Egiptu, choć wpuszczanie Polaków do egipskich kurortów dało mu Krzyż Wielki Orderu), ale nie zmienia to faktu, że decyzja jest skandaliczna. Krzyż Kawalerski dostaje bowiem człowiek, który również w czasie owej afery kierował lub współkierował (lepiej ujęte) firmą, która systemowo łamała polskie prawo. Co więcej, jest to szef firmy, która jest posądzana o unikanie podatków (nie zostało to jednak udowodnione). Jest to więc policzek wymierzony polskim pracownikom. Ale także polskim przedsiębiorcom, którzy złapani na łamaniu prawa pracy płacą mandaty, a nie dostają ordery.

Platforma Obywatelska pokazała tym samym (order ma wręczać min. Grzegorz Schetyna), że jej arogancja i zblatowanie z biznesem nadal mają się dobrze. To towarzystwo wzajemnej adoracji poklepuje się po plecach, smyra po nóżkach i śmieje się w twarz przeciętniakom. Pozostaje nam czekać na ordery dla szefów polskich oddziałów pozostałych sieci handlowych. Które, jak wiemy, są znane z przestrzegania prawa pracy i płacenia podatków. Nie od rzeczy byłby też order dla szefa prywatnej poczty, który otwarcie przyznaje się do łamania polskiego prawa pracy i nadal nikt go nie ukarał.

21:31, intel-e-gent , PO
Link Komentarze (7) »
sobota, 20 września 2014

Prezentując ministrów swojego rządu (umówmy się, niespodzianek raczej nie będzie i Sejm da wotum zaufania) Ewa Kopacz stanęła na stanowisku, że Polska powinna być "rozsądna, jak polska kobieta". Szczerze mówiąc, to powiało mi tu mocną niezręcznością, a nawet wpadką. Stereotyp polskiej kobiety to wciąż nie jest bowiem stereotyp silnej kobiety, racjonalnie poruszającej się w rzeczywistości. Nadal model ten ma więcej wspólnego z stereotypem Matki Polki, w ciszy znoszącej cierpienie i trzymającej się męża bijącego ją po twarzy.

Można rzec, patrząc na polską politykę wobec USA, że coś tu jest na rzeczy. Co prawda Wielki Brat nas nie bije, ale (jak zauważył ex-minister Sikorski) robimy im laskę i nic tego nie mamy. Jeżeli prezeska Rady Ministrów Ewa Kopacz taki rozsądek miała na myśli, to ja dziękuję bardzo, bo jakoś nie podoba mi się myśl, by Polska miała w milczeniu znosić kolejne afronty i upokorzenia ze strony tzw. największego sojusznika. Przypomnę, że daliśmy się wykorzystać choćby przy okazji offsetu za F-16, a w sprawie wiz stanowisko USA od dawna jest mocno pogardliwe. Polsce nie przeszkadza się to jednak łasić "z rozsądku" do Wielkiego Brata.

Kolejną, "kobiecą" wpadką może być dla premier Kopacz (wybaczcie, premierka brzmi źle...) jej koleżanka z Bydgoszczy. Mianowanie byłej katechetki i teolożki na stanowisko szefa resortu spraw wewnętrznych może być mocno nietrafione. Już minister Boni szykanował niechrześcijańskie i niekatolickie ruchy religijne, a katechetą w życiu nie był, więc można się obawiać o bezstronność nowej minister. Jednak warto dać Teresie Piotrowskiej czas, bo to, że była katechetką i w ZChN nie oznacza, że nie zmodyfikowała swoich poglądów.

Wytykając te "kobiece" wpadki i będąc przeciwnikiem Platformy Obywatelskiej przyglądam się jednak pani premier z zainteresowaniem i przyznaję, że moja feministyczna dusza trzyma za nią w jakiś sposób kciuki. Byłoby dobrze, gdyby Ewa Kopacz odniosła choćby umiarkowany sukces. Wpłynęłoby to pozytywnie na postrzeganie obecności kobiet na najwyższych stanowiskach i wzmocniłoby mrówczą pracę wszystkich ciężko pracujących na utrwalanie równouprawnienia.

Póki co jestem też spokojny o to, czy nie powtórzy się tu casus Hanny Suchockiej, która w trakcie rządów (i po nich) była tak kurczowo uczepiona sutanny, że na wiele więcej poza klęczeniem przed biskupami nie starczało jej czasu.

A kobiece wpadki? Cóż, to przecież ludzkie, prawda?

Do następnego (?)

Intel-e-gent

20:17, intel-e-gent , PO
Link Komentarze (6) »
wtorek, 17 czerwca 2014

"Nic się nie stało" wydaje się mówić Donald Tusk w odpowiedzi na aferę, jaką sprzedał nam tygodnik "Wprost". Z nagrań rozmów bardzo ważnych polityków wynika, że używają oni knajackiego języka (ech, w SLD czy w PiS lepszego nie ma), a poza tym kompletnie nie przejmują się jakimś tam prawem czy konstytucją.

Znaczy tak - kompletnie mnie nie rusza, że szef NBP i szef MSW omawiają przy flaszce, jak ratować budżet. To akurat o nich całkiem dobrze świadczy, nawet jeżeli pomysły na to mają zgoła niekonstytucyjne (omijanie RPP), to jednak fajnie, że ktoś się jeszcze troszczy o to, by Polska nie zamieniła się w Grecję albo przeciętnego 30-latka zanurzonego po uszy w kredycie hipotecznym.

Rusza mnie za to, że Marek Belka, szef NBP, wchodzi w rolę premiera, Sejmu i prezydenta i zajmuje się obsadą ministerialnych stanowisk. I to skutecznie. Sorry, ale pan, panie Belka jest od tego, by pilnować by chłopcy w rządzie zbytnio nie zaszaleli z dodrukiem kasy, a nie od tego, by wyznaczać ministra finansów. Nie mówiąc już o tym, że to omijanie RPP to jednak jest deliktem konstytucyjnym, bo Rada jest od pilnowania, by się z kolei prezes NBP zbytnio nie rozszalał.

Mamy tu więc aferę podwójną. Po pierwsze, nasze wspaniałe służby dopuściły do tego, by dwie ważne postacie zostały podsłuchane i, jak gminna wieść niesie, nie zrobiły niczego z tym fantem, gdy od redakcji do redakcji ktoś chodził i próbował te podsłuchy opchnąć. Swoją drogą, "Gazeta Wyborcza" jakoś tym razem wątpliwego materiału nie wzięła, a gatunkowy ciężar tych taśm jest zdecydowanie większy od "lub czasopism".

Po drugie, nasi politycy udowadniają, że mają w głębokim poważaniu (zwisa im miękkim ch...?) ustawę zasadniczą. Prezes NBP nie może wyznaczać ministra finansów? A kto by się tym, k...a, przejmował?

Dodatkowo mamy też kompletnie nieodpowiedzialnych dziennikarzy, którzy zajmują się bagatelką, czyli drobnym aferzystą Nowakiem albo podłapywaniem narracji o nielegalnych podsłuchach (tak, były nielegalne, no i?) zamiast zająć się tym co ważne - czyli tym, że:

  • Szef resortu spraw wewnętrznych kieruje służbami, które nie są w stanie zapewnić ochrony kontrwywiadowczej albo same próbują rozgrywać rząd.
  • Szef NBP nie przejmuje się Konstytucją w swojej pracy, bo i po co?
  • Premier posłusznie zmienia ministra, którego nie lubi szef NBP

Ale dla dziennikarzy ważniejszy jest drobny aferzysta albo wulgarny język rozmów. Jakby sami kurwami i chujami nie rzucali na prawo i lewo w prywatnych i zawodowych rozmowach.

Do następnego (?)

Intel-e-gent

16:02, intel-e-gent , PO
Link Komentarze (9) »
wtorek, 14 stycznia 2014

Pracodawcy znów płaczą, że rząd chce odebrać im ich zyski. Ten sam rząd, który od lat głaszcze ich, zaspokaja na wyprzódki na klęczkach i bez zabezpieczenia oraz robi wszystko, by dialog społeczny nie istniał. Rząd obudził się, bo zbliżają się wybory, a stare paliwo wyborcze przestało działać, więc trzeba zrobić coś pod publiczkę. A jednym z największych problemów ostatnich lat są tzw. umowy śmieciowe.

Pal licho, że do rozwiązania problemu wystarczyłoby nieznaczne zwiększenie uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy oraz modyfikacja kar za łamanie prawa pracy tak, by biły one po kieszeni prezesów i właścicieli firm, a nie wykonawców ich poleceń. Rząd szuka łatwych rozwiązań (jak z alkomatami) i chce oskładkować hurtem wszystkie umowy cywilnoprawne. Artyści i dziennikarze już nie są, widać, rządowi do niczego potrzebni.

Pracodawcy, najbardziej roszczeniowa grupa społeczna w Polsce, oczywiście uderzyli w płacz. Ci pożal się boże przedsiębiorcy i menedżerowie nie potrafiący zarządzać inaczej, jak poprzez cięcie kosztów (no bo po co lepsza organizacja pracy, ja pytam, skoro mają chłopów pańszczyźnianych?) leją krokodyle łzy i odgrażają się, że nałożenie składek na umowy o dzieło i kolejne umowy zlecenia zaowocuje większym bezrobociem.

Być może tak będzie. Zapewne w pierwszej chwili padnie część fabryczek i zakładów istniejących tylko dlatego, że siła robocza jest zbyt tania. Ale nieliczni menedżerowie i przedsiębiorcy z prawdziwego zdarzenia staną na wysokości zadania i będą umieli zmienić organizację pracy tak, by zrekompensować sobie wyższe koszty. Przełoży się to na lepszą konkurencyjność gospodarki.

Ale gdyby PIP stwierdziła istnienie stosunku pracy dla tysięcy zatrudnionych na tzw. śmieciówkach w setkach sklepów, dziesiątkach call centers itp. to dla tych ludzi oznaczałoby to faktyczne podwyżki, gdyż teraz częstokroć zarabiają znacznie mniej niż wynosi minimalne wynagrodzenie. To oznaczałoby impuls popytowy dla gospodarki, która dusi się od zbyt niskich płac (tak, nieortodoksyjni ekonomiści już to zauważyli).

Cały płacz pracodawców, to w rzeczywistości płacz marnych menedżerów i marnych przedsiębiorców, których powinno wyeliminować się z rynku w trosce o konkurencyjność polskiej gospodarki. Skoro bowiem nie potrafią oni zarządzać, to po co się tym zajmują? Tym bardziej, że płacz ten pokrywa jeszcze jedną rzecz - płaczą oni, bo gdy koszty pracy wzrosną, to nie będą mogli sobie za firmowe pieniądze fundować wakacji na Bali (Seszelach itp.) oraz nowej fury każdego roku.

Niestety, rząd wybrał najgorszą możliwą drogę walki ze śmieciówkami. Taką, która wkurzy tych nielicznych, którzy umowy cywilnoprawne wybierają dobrowolnie. W związku z czym pracodawcy mogą przestać płakać. Nic z tego nie będzie.

Z czego, być może, zdają sobie sprawę. I ich płacz jest, w takim wypadku, tylko na pokaz.

Do następnego (?)

Intel-e-gent

13:39, intel-e-gent , PO
Link Komentarze (52) »
czwartek, 12 września 2013

Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej było tak miłe, że podjęło próbę walki z rzekomymi mitami narosłymi wokół nowego prawa czyli elastycznego czasu pracy. Nie sposób oprzeć się pokusie, by pogonić ministerstwu kota.

1.      Uelastycznienie czasu pracy to… „zmuszanie pracowników do pracy po kilkanaście godzin dziennie”.

 

Gwarancje odpoczynku dla pracowników nie zmieniają się. W dalszym ciągu pracownik ma prawo do nieprzerwanego 11-godzinnego odpoczynku w ciągu doby oraz do 35 godzin nieprzerwanego odpoczynku w ciągu tygodnia. Pod szczególną ochroną nadal pozostaną m.in. kobiety w ciąży czy pracownicy młodociani.

Wydłużenie okresu rozliczeniowego pozwoli jedynie na lepsze dopasowanie czasu pracy pracowników do wielkości zamówień czy liczby zleceń. Gdy dłużej zostaniemy w pracy, innego dnia będziemy mogli pracować krócej lub wręcz wziąć cały dzień wolny.

Uwaga! Pracodawcy mogą wprowadzić zmiany wyłącznie za zgodą działających w firmie związków zawodowych. Jeśli ich nie ma pracodawca będzie musiał porozumieć się przedstawicielami  pracowników.

Eksperci ministerstwa zapomnieli, że:

1. Doba ma 24 h, czyli po odjęciu jedenastu zostaje 13, czyli kilkanaście. Możliwe jest 6 dni pracy po 13 godzin dziennie, bez żadnego problemu.

2. Związki działają w mniejszości polskich firm, a przedstawiciele pracowników są wręcz wyznaczani przez pracodawców.

 

2.      Uelastycznienie czasu pracy to… „koniec płatnych nadgodzin”

 

Zasady dotyczące wynagrodzenia za nadgodziny nie zmieniają się. Również do tej pory pracodawca mógł zrekompensować pracownikowi dłuższą pracę czasem wolnym. Wprowadzone w kodeksie zmiany oznaczają jedynie dopasowanie czasu pracy pracowników do wielkości zamówień lub liczby zleceń w firmie. Pracownikom nadal będzie przysługiwało wynagrodzenie za nadgodziny. Zamiast dodatku do wynagrodzenia pracownik może otrzymać czas wolny.  

To może być koniec płatnych nadgodzin. Pracodawcy będzie o wiele łatwiej znaleźć moment na oddanie dnia wolnego. O ile nie fałszuje ewidencji czasu pracy, co jest nagminne.

 

3.      Uelastycznienie czasu pracy to… „rozwiązanie tymczasowe na czas kryzysu i nie powinno znaleźć się na stałe w Kodeksie pracy”

 

Rozwiązania zapisane w ustawie antykryzysowej sprawdziły się. Dłuższe okresy rozliczeniowe i ruchomy czas pracy wprowadziło blisko 1100 firm, a zmiany objęły około 100 tysięcy pracowników. Dzięki temu w okresie spowolnienia gospodarczego dziesiątki tysięcy osób zachowało pracę.

Wprowadzenie tych rozwiązań na stałe do Kodeksu pracy daje szansę na poprawę konkurencyjności działających w Polsce firm. Wcześniej zrobiła już to samo m.in. Wielka Brytania, Niemcy, Czechy i Słowacja. Brak elastycznych rozwiązań stawiały polskich przedsiębiorców już na starcie w gorszej pozycji.

Ciekawe. W czasie kryzysu sprawdzają się np. ograniczenia praw obywatelskich. Jak rozumiem, skoro sprawdza się to w czasie kryzysu, to znaczy, że tak powinno być stale? Argumentacja z .... wzięta.

Poza tym, wskazane kraje mają chyba, wyższe koszty pracy niż Polska. Więc jakoś tak nie widzę tej gorszej pozycji naszych biednych przedsiębiorców.

 

4.      Uelastycznienie czasu pracy to… „marginalizacja związków zawodowych”

 

Pozycja związków zawodowych nie jest zagrożona. Wręcz przeciwnie, ich rola nawet wzrośnie. Bez zgody związkowców - o ile działają w firmie - przedsiębiorcy nie będą mogli wprowadzić w firmie ani dłuższych okresów rozliczeniowych czasu pracy, ani ruchomego czasu pracy. Dzięki tej gwarancji związki zyskują szansę na wypracowanie wspólnie z pracodawcą rozwiązań najkorzystniejszych dla wszystkich pracowników.

Tu, akurat, argument Ministerstwa może być prawdziwy. Oby przyczyniło się to do częstszego dialogu obu stron, a nie tylko pyskówek. 

 

5.      Uelastycznienie czasu pracy to… „duże obciążenie dla małych firm, bo oznacza dodatkowe formalności”

 

Również do tej pory pracodawcy - zarówno duzi, jak i mniejsi - musieli przygotowywać indywidualny rozkład czasu pracy w przyjętym u siebie okresie rozliczeniowym. Teraz będzie im tylko łatwiej. Powód? Nowe przepisy pozwalają przygotować indywidualny rozkład czasu pracy dla pracownika na okres krótszy niż przyjęty okres rozliczeniowy. Jedyny warunek: musi być rozpisany na co najmniej jeden miesiąc i przekazany na tydzień przed..

Pracodawca będzie mógł też zmienić rozkład czasu pracy, jeżeli będzie miał ku temu ważny powód - np. pracownik zachoruje.

Bardzo możliwe, że ministerstwo ma rację. Zobaczymy w praktyce. Faktem jest, że biurokracja faktycznie angażuje zbyt dużo czasu w firmach. W tej kwestii stoję po stronie upraszczania procedur. 

6.      Uelastycznienie czasu pracy to… „trudności w rozliczaniu urlopów”

 

Zasady rozliczania urlopu wypoczynkowego nie zmieniły się. Dalej będzie on rozliczany godzinowo. Jeśli pracownik przepracował w ciągu dnia 10 godzin, to dostanie tyle samo godzin urlopu, a nie standardowe 8 godzin. Jeżeli pracował 4 godziny, to również odpoczywać będzie przez 4 godziny.

Tak, tu ministerstwo ma rację. 

 

7.      Uelastycznienie czasu to pracy to… „przykład lekceważenia związków zawodowych”

 

Na uelastycznienie czasu pracy związki zawodowe już się raz zgodziły - w ustawie antykryzysowej z 2009 roku. Kiedy zapisy ustawy przestały obowiązywać organizacje pracodawców i związkowców wspólnie zdecydowały, że zamiast wydłużać jej działanie np. o rok, lepiej wprowadzić sprawdzone w kryzysie zapisy na stałe do Kodeksu pracy.

Prace nad zmianami w Kodeksie trwały w Komisji Trójstronnej od końca 2011 r. aż do początku 2013 r., czyli ponad rok. Zespół problemowy ds. prawa pracy i układów zbiorowych oraz spotkania robocze odbyły się w tym czasie 10 razy. Dodatkowo w konsultacjach społecznych projektu ustawy wzięła udział zarówno „Solidarność”, jak i OPZZ i Forum Związków Zawodowych.

Ministerstwo jakoś zapomniało, że związki wcale nie zgadzały się na wprowadzenie tej zmiany. Związkowcy konsekwentnie protestowali, a decyzja Komisji Trójstronnej w tym wypadku to dyktat pracodawców i rządu. No, ale jak to pięknie na papierze wygląda...

 

8.      Uelastycznienie czasu to pracy to… „złamanie unijnej dyrektywy o czasie pracy”

 

Przepisy obowiązywały już w ustawie antykryzysowej i Unia Europejska ich wówczas nie kwestionowała. Unijna dyrektywa dopuszcza wydłużenie okresu rozliczeniowego czasu pracy do maksymalnie 12 miesięcy. Jest to możliwe na podstawie układów zbiorowych lub porozumień zawartych między partnerami społecznymi.

Wydłużenie okresu rozliczeniowego musi być jednak uzasadnione profilem działalności firmy - np. sezonowością produkcji. Wszystkie te warunki są spełnione we wprowadzonych zmianach. Podobne rozwiązania są z powodzeniem stosowane w wielu państwach Unii, m.in. Wielkiej Brytanii, Niemczech, Czechach, czy na Słowacji.

Unia Europejska zaleca stosowanie relatywnie krótkich okresów rozliczeniowych (optimum to 4 miesiące), ale nie miesza się specjalnie do tego, co robią państwa członkowskie. Troszkę się nam tu ministerstwo zagalopowało, ale tylko troszkę.

Podsumowując, Ministerstwo niby obala mity, ale tak naprawdę mija się w wielu punktach z rzeczywistością. A ja bym chciał, aby Polska wreszcie przestała konkurować za pomocą taniej siły roboczej. Tylko, że to nie jest możliwe, póki się polskich przedsiębiorców i menedżerów mających mentalność ekonomów z folwarku, nie zmusi do tego za pomocą podwyższania kosztów siły roboczej.

Sami z siebie polscy przedsiębiorcy nie zaczną myśleć nad tym, jak poprawić organizację pracy i jej wydajność. A od pracownika zależy tu gdzieś tak 10 procent. Reszta od pracodawcy.

Do następnego (?)

Intel-e-gent

21:42, intel-e-gent , PO
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
A tu efekty mojej pracy ;)
Nie tylko bloger czyli...
Zaglądam i polecam

Komentarze.eu - 
Przegląd polskiej blogosfery