Lewicowy punkt widzenia

Debata

czwartek, 13 grudnia 2012

13 grudnia 1981 roku mój ojciec wyszedł nawet na dach, by sprawdzić, czy antena się nie zepsuła. Cóż, awarii nie było, był za to stan wojenny. Spora część Polaków zgadza się teraz z opinią, że był potrzebny, a politycy mają zdanie wręcz przeciwne i potępiają w czambuł zarówno jego wprowadzenie, jak i tych, którzy go wprowadzili.

Co więcej, histe(o)rycy z IPN pragną nam wmówić, że gdyby nie stan wojenny, to Solidarność przejęłaby władzę i demokrację mielibyśmy już pod koniec 1981 roku. Ignorują fakt, że ZSRR, NRD i Czechosłowacja były więcej niż gotowe, by przywrócić "socjalistyczny" porządek. Myślę więc, że stan wojenny był mniejszym złem. Zamiast rzezi dokonanej przez sojusznicze wojska, mieliśmy stosunkowo bezbolesny (tak wiem, Wujek itp.) stan wojenny.

Oczywiście, nie dowiemy się nigdy co byłoby "gdyby". Ale możemy ekstrapolować na podstawie tego, co działo się w Czechosłowacji w 1968 roku. I możemy się domyślać, że Breżniew nie pozwoliłby na wyjście z Układu Warszawskiego jednego z najważniejszych państw tego sojuszu - największego po ZSRR i położonego strategicznie tuż za pierwszą linią ewentualnego frontu.

Ignoruje się też fakt, że strajki i inne działania Solidarności faktycznie przyczyniały się do załamania gospodarczego kraju. Produkcja stała - skoro wszyscy byli zajęci strajkami, to nie miał kto robić. W efekcie eksport malał, zapotrzebowania wewnętrznego nie dało się zaspokajać, a kraj stanął na krawędzi załamania. Z tym też trzeba było coś zrobić, a doświadczenie lat 1989-93 pokazuje, że strajki byłby i po przejęciu władzy przez Solidarność, tyle że w 1982 miałyby o wiele większy rozmach, bo i rozczarowanie, że kraj nie stał się z miejsca krajem mlekiem i miodem płynącym byłoby większe. 

Dalsze wydarzenia pokazują nam również, że Wojciech Jaruzelski stał przed tragicznym wyborem. Ewidentnie bowiem był i jest człowiekiem, który dążył do uniezależnienia się Polski od ZSRR i przywrócenia demokracji. Dobrowolnie oddał władzę w 1989 skutecznie torpedując działania i pomysły betonu partyjnego, który był w stanie utrzymać władzę siłą. Cokolwiek mają do powiedzenia histerycy IPN i prawicowi politycy - to był realny scenariusz, któremu zapobiegł jeden człowiek.

Stan wojenny był niewątpliwie zły - pociągnął za sobą sporo ofiar. Wielu ludzi trafiło do ośrodków internowania (z wyjątkiem bardzo głośnego obecnie "bohatera" tych czasów). Ale też wielu zwyczajnych obywateli odczuło ulgę - panował spokój (cóż z tego, że martwy), spadła drobna przestępczość, a męczące strajki się skończyły. Wielokrotnie rozmawiałem z osobami, które przeżyły ten czas i wiele z nich właśnie ten aspekt podkreślało. A każda z tych osób była w owym czasie zwolennikiem lub członkiem Solidarności.

Stan wojenny okazał się być mniejszym złem. Zapobiegł nie tylko interwencji sojuszników, ale też kompletnemu rozkładowi gospodarki. Owszem, półki były puste, a za szynką czy cukrem trzeba było stać w dużych kolejkach, ale Polacy nie głodowali.

Zaś schłodzenie nastrojów bardzo się przydało po 1989 roku. Jakoś nikt nikogo nie wieszał, gdy już demokratyczna wówczas opozycja przejęła władzę. Ironią losu jest fakt, że ówcześni apologeci demokracji w XXI wieku robią wiele, by demokrację ograniczyć. Jedni niemal jawnie szykują się do przejęcia władzy siłą, a drudzy niemal jawnie planują wprowadzenie cenzury i już ograniczyli prawo do zgromadzeń publicznych.

Stan wojenny nie ma też jednej symboliki - dla jednych oznacza wielkie zło, dla innych mniejsze zło. Im dalej, tym bardziej ci pierwsi krytykują jego wprowadzenie i równocześnie szukają sposobu, by mieć taką władzę jak wtedy "Oni".

A obrońcami demokracji są teraz ci, którzy wtedy stali tam gdzie ZOMO. Historia chichocze ponuro.

Do następnego (?)

Intel-e-gent

Zachęcam do wzięcia udziału w debacie "Co symbolizuje stan wojenny".

niedziela, 09 września 2012

Kolejny już raz, gdy sondażowe wyniki się niezmiennie trwają w okolicach niezadowalających Jarosława Kaczyńskiego, prezes PiS wzywa do debaty o ekonomii lub zajęcia się gospodarką. Przerabialiśmy to już przy okazji tzw. "aniołków PiS", przerabiamy i teraz.

Oczywiście, według Jarosława Kaczyńskiego, debata o gospodarce ma się odbywać na jego warunkach. Zdania ministra finansów znać nie chce (nie żebym specjalnie hołubił Rostowskiego, ale jego zdanie jednak się liczy, w końcu kieruje resortem finansów...), zaprasza na debatę tylko tych ekonomistów, z którymi dobrze mu się rozmawia. Albo inaczej, zaprasza tych, którzy jeszcze chcą z nim rozmawiać...

Niezależnie od tego, Kaczyński poruszył jednak ważny problem - o ekonomii rzeczywiście warto rozmawiać. Szczególnie w momencie, w którym kryzys już w Polskę uderzył, bo właśnie kończy się absorpcja olbrzymich unijnych środków i gospodarki nie ma już co, po prostu, napędzać. Warto się zastanowić jak sobie z kryzysem radzić tak, by osiągnąć możliwie najszersze porozumienie w tej sprawie. Co sprzyjałoby radzeniu sobie ze skutkami kryzysu.

O gospodarce i pomysłach na nią warto więc rozmawiać z każdym, z Kaczyńskim również (ba, nawet z Korwinem, choć akurat jego recepty są znane i jakoś nie budzą zachwytu...). Co prawda, taka debata miałaby większy sens, gdyby Jarosław Kaczyński przeprowadził ją nim przedstawił swoje pomysły na uzdrowienie gospodarki (które Ministerstwo Finansów podliczyło szybciej niż własne, ale zapominając o mnożnikach...). Nie żeby ktokolwiek jeszcze, poza wyznawcami Prezesa, wierzył jeszcze, że szanuje on czyjekolwiek zdanie poza swoim, ale wizerunkowo byłoby to lepsze, a i dla jakości debaty znaczyłoby wiele.

Szczególnie, że co ekonomista, to inny pomysł na kryzys i uzdrowienie gospodarki. Niby, póki co, owczym pędem, większość jeszcze się zgadza, że to cięcia są najlepsze, ale powoli wahadło zaczyna przechylać się w drugą stronę. Dowodząc tylko, że ekonomia z nauką ścisłą ma tyle wspólnego co historia - przeszłość na pewno da się określić, ale przyszłości nie.

Niemniej miło by było, gdyby usiedli razem i rzeczywiście porozmawiali o tym jak przeprowadzić Polskę przez kryzys tak, by nie było jak w Hiszpanii gdzie jest już przyzwolenie społeczne na kradzież dóbr pierwszej potrzeby czy w Grecji, gdzie neonaziści zyskują coraz większą popularność.

O gospodarce warto rozmawiać tym bardziej, że w ostatnich latach głosy inne niż rządowe były, po prostu, ignorowane. Owszem, czułem schadenfreude, gdy ignorowano Balcerowicza, ale nie oznacza to, że należy milczeć i zgadzać się na wszystko co robi rząd.

Po prostu zawsze warto rozmawiać. A co Wy o tym sądzicie? Zapraszam do dyskusji na blogu Debata i polubienia Debaty na Facebooku.

Do następnego,

Intel-e-gent

piątek, 08 czerwca 2012

Początek Euro 2012 wielkiej imprezy sportowej w Polsce. Czy będzie sukcesem, czy nie - przekonamy się gdy się zakończy. Tymczasem udało się nam dopiąć stadiony na ostatni guzik, dworce, mniej więcej, również, a autostrady, jak głoszą komunikaty niczym z frontu robót polowych w latach dawniejszych - są przejezdne. Grunt, że jest jak się poruszać, jak dotrzeć i jak się bawić.

Jest też coś, na co raczej nie zwrócą uwagi kibice z zagranicy - polityka. Nasze odwieczne polskie piekiełko, w którym opozycja (choć to ona zdecydowała o wielu rzeczach związanych z Euro 2012 - to przecież PiS rządziło gdy dostawaliśmy razem z Ukrainą prawa do organizacji mistrzostw) krytykuje rząd za wszystko, a rząd chwali się bez umiaru nawet najdrobniejszym sukcesem. Z jednej i drugiej strony mamy propagandę, która w nas uderza. 

Żeby było nam rozkoszniej, niektórzy szykują dla kibiców ulotki propagujące ich "prawdę" o Smoleńsku i jeszcze niektórym przeszkadza, że rosyjscy kibice chcieliby przez Warszawę przemaszerować. Rozumiem lęk przed Rosjanami, choć ich lubię i mogę być wręcz uznany za rusofila. Nie rozumiem jednak, czemu niby nie mieliby sobie zrobić marszu jeżeli mają na to ochotę. Jeśli któryś z nich złamie prawo - to się go przymknie i tyle.

Szczęśliwie dla nas, media z zagranicy raczej nie zwrócą uwagi na ekscesy ludzi chcących koniecznie rozsiewać swoją prawdę o Smoleńsku. Bardziej obawiałbym się ekscesów naszych kiboli.

Swoją drogą, to nie rozumiem też tego, jak politycy strony rządowej mówią, że nie powinno się protestować w czasie Euro 2012. A niby to czemu? Że to nas w złym świetle przedstawi? Że zablokuje np. Warszawę? Ale Warszawa już jest zablokowana remontami, więc co za różnica. A to, że protesty są oznacza, że demokracja funkcjonuje normalnie. Nie ma co się spinać. Większość chętnych do protestów sama się ograniczy i nie wyjdzie na ulice. Przede wszystkim dlatego, że będzie siedzieć przed telewizorem i czekać na mecz...

A przede wszystkim pamiętajmy o jednej rzeczy - jak polityka polityką, a sport sportem, te sfery zawsze się przenikały. Od czasów starożytnych igrzysk poczynając. Nie ma więc chyba co się aż tak bardzo spinać, tylko potraktować to jak rzecz normalną.

A co Wy sądzicie o tym jaki wpływ będzie miała polityka na Euro 2012? Zapraszam do debaty.

niedziela, 18 grudnia 2011

Kończy się polska prezydencja w UE co do której miałem spore obawy. Bałem się, że rząd zechce ją wykorzystać w kampanii wyborczej, a poza tym schrzani wszystko co było do schrzanienia. Okazuje się jednak, że nie było tak źle.

Co prawda rząd korzystał w kampanii w faktu, że Polska przewodniczy Unii, ale robił to całkiem, jak na polskie standardy, dyskretnie. W zasadzie tylko na początku próbował zamknąć usta opozycji pod pozorem, że "musimy grać razem przewodnicząc Unii", ale kiedy to się nie udało, odpuścił. Należy to zaliczyć na plus rządu, bo pokusa na pewno była spora.

Zdecydowanie korzystnie oceniam działania polskiej prezydencji w walce z kryzysem w UE. Nie mogliśmy wiele zrobić, bo kasę trzymał kto inny, ale próbowaliśmy doprowadzać do porozumienia. Zostało to docenione w innych krajach, w Polsce przeszło niezauważenie. Być może dlatego, że ludzie mają już dość ciągłego mówienia jaka to Platforma jest wspaniała, a Tusk cudowny. Trzeba jednak przyznać, że również determinacji naszego premiera zawdzięczamy porozumienie w sprawie ratowania wspólnej waluty.

Ujemnie oceniam natomiast brak jakiegokolwiek pomysłu, czy nawet próby szukania jakiegoś rozwiązania sytuacji w Syrii. Fakt, bliżej też mamy kłopoty z dyktaturą, ale pamiętajmy, że kraje UE angażowały się w pomoc dla Libii czy egipskich demonstrantów. Przydałoby się, aby syryjski reżim, choć nie ma żadnych zasobów naturalnych (ani nie panuje nad żadnym ważnym szlakiem wodnym) wiedział, że promocja demokracji to dla UE rzecz ważna, a nie tylko związana z interesami korporacji.

Niemniej bilans polskiej prezydencji jest pozytywny. Udało się nam nie tylko niczego nie schrzanić, ale i osiągnąć jakieś pozytywy. Jeżeli nam się wydaje, że to mało, to pamiętajmy, że rola prezydencji jest teraz mniejsza niż była jeszcze kilka lat temu.

A co Wy sądzicie o bilansie polskiej prezydencji? Zachęcam do debatowania na blogu Debat.

Do następnego,

Intel-e-gent

sobota, 22 października 2011

Politycy prawicy, księża, biskupi i wielu katolików dziwi się, że komukolwiek może przeszkadzać krzyż wiszący w Sejmie. Gromko zapowiadają, że bronić krzyża będą, choćby musieli iść na wojnę, a w jego obronie posuwają się nawet do absurdalnego zapewniania, że Kościół zawsze bronił interesu Polski i Polaków. Co ma być powodem, dla którego krzyż tak wrósł w kulturę i tradycję Rzeczypospolitej, że może nawet wbrew i poza prawem wisieć sobie w Sejmie.

Owo "wrośnięcie krzyża" jest propagandową bzdurą wygodną dla Kościoła, nawet jeśli miewa pokrycie w niektórych faktach. Ale to nie miejsce na historyczną dygresję, która musiałaby być wielkości przyzwoitej książki.

W nowej "wojnie o krzyż" chodzi bowiem o coś innego niż kontekst kulturowy czy religijny. Tu chodzi o coś czego Polakom brak od wielu pokoleń - o szacunek dla państwa i prawa. I wcale nie jest trudno zauważyć, że w opozycji do "państwowców" stoją "tradycjonaliści" dla których tradycja warcholstwa i naginania prawa do własnych potrzeb jest ważniejsza od szacunku jaki państwo i prawo powinny budzić.

To jest tak jak z zawieszeniem tego krzyża w Sejmie. Posłowie AWS przyszli nocą niczym złodzieje i niczym złodzieje okradli państwo z szacunku jaki obywatele powinni żywić do prawa przez to państwo stanowionego. Jak można bowiem żywić szacunek do państwa które w Konstytucji twierdzi, że jest bezstronne w sprawach światopoglądowych, a równocześnie nie potrafi zdjąć naruszającego ową bezstronność symbolu z miejsca, w którym stanowi się prawo?

Warto więc powiedzieć wprost - tu nie chodzi o krzyż (równie dobrze mógłby to być półksiężyc), tu chodzi o prawo. Opowiadający się po stronie krzyża i broniący go politycy (od premiera Tuska poczynając) faktycznie opowiadają się za warcholstwem i łamaniem prawa.

Przy takim przykładzie idącym z góry, trudno się spodziewać, by przestrzegano prawa w ogóle. Nic więc dziwnego, że pracodawcy mają gdzieś prawa pracownicze, obywatele nie mają szacunku do policjantów, a wszyscy niemal jak jeden mąż kantują na podatkach. Ryba zawsze psuje się od głowy.

A może macie inne zdanie? Zachęcam do wzięcia udziału w Debacie "Druga wojna krzyżowa" na blogu Debat.

Do następnego (?)

Intel-e-gent

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
A tu efekty mojej pracy ;)
Nie tylko bloger czyli...
Zaglądam i polecam

Komentarze.eu - 
Przegląd polskiej blogosfery